Stan wyjątkowy na Filipinach

Prezydent Gloria Macapacal Arroyo ogłosiła wykrycie spisku wojska i komunistów i sięgnęła po nadzwyczajne środki, które de facto oznaczają wprowadzenie stanu wyjątkowego. Od piątku demonstracje przeciwko pani prezydent są nielegalne

W sobotę, w którą przypada 20. rocznica obalenia dyktatora Ferdinanda Marcosa, opozycja ogłosiła dzień demonstracji przeciwko rządom Glorii Macapagal Arroyo. Jednak w piątek prezydent, którą od miesięcy opozycja usiłuje zmusić do ustąpienia, ogłosiła stan wyjątkowy - w telewizyjnym orędziu do narodu doniosła o wykryciu próby puczu wojskowych. Powiedziała, że aresztowany jest główny spiskowiec dowodzący elitarną jednostką generał Danilo Lim, a wraz z nim dziesięciu innych wysokiej rangi oficerów. W 1989 r. ten sam generał próbował bez powodzenia obalić ówczesną prezydent Corazon Aquino.

Zdaniem zwolenników Arroyo Lim chciał wyprowadzić wojsko z koszar i ogłosić, że armia wycofuje poparcie dla pani prezydent. A bez poparcia sił zbrojnych nie da się na Filipinach rządzić.

Prezydent, którą opozycja oskarża o oszustwa wyborcze, ogłosiła de facto stan wyjątkowy i powiedziała, że w walce "ze spiskiem totalitarnych sił skrajnej prawicy i skrajnej lewicy" przekazuje szerokie uprawnienia wojsku i policji. Obejmują one prawo do aresztowań bez nakazu sądowego i bezterminowe trzymanie przeciwników w areszcie. Po takie nadzwyczajne środki na Filipinach sięgnięto dotąd tylko raz. Zrobił to w 1977 roku Ferdinand Marcos, któremu konstytucja nie pozwalała się ubiegać po raz trzeci o prezydenturę. Po przemówieniu prezydent w telewizji wystąpił filipiński głównodowodzący generał Generoso Serga, by zapewnić, że armia była i pozostaje z panią prezydent.

Zdaniem analityka Benito Lim z Uniwersytetu Filipin spisek posłużył prezydent Arroyo za pretekst, by ratować władzę.

Mimo zakazu w piątek w Manili 5 tys. osób demonstrowało w spokoju na wezwanie byłej prezydent Corazon Aquino pod hasłem: "Nie pozwólmy sobie ukraść demokracji". Jednak inną manifestację policja rozproszyła, używając pałek i armatek wodnych.

Gloria Arroyo, córka nieżyjącego prezydenta Diosdado Arroyo, sprawuje władzę od 2001 r. Pięć lat temu drugie w historii masowe demonstracje pokojowe pod hasłem "władza dla ludu" - specjalność filipińskiej polityki - obaliły populistę Josepha Estradę. Dziś Arroyo ma wszelkie powody do tego, by obawiać się, że podzieli los poprzednika. W 2001 r. obiecała, że w dziesięć lat rozwiąże problem biedy. Były to puste słowa. Dziś 40 proc. 84-milionowej ludności Filipin żyje poniżej progu nędzy, czyli za 1 dol. dziennie. Arroyo, absolwentka ekonomii na Harvardzie i wielbicielka Margaret Thatcher, obiecywała, że przyciągnie kapitał zagraniczny. Okazało się, że pomysłu, poza nadzieją na pomoc Waszyngtonu, nie ma, a głównym źródłem dewiz pozostają pieniądze zarabiane za granicą przez blisko 9 mln filipińskich marynarzy, pielęgniarek i nianiek.

Na tym lista grzechów Arroyo się nie kończy. W maju 2005 r. w czasie kampanii wyborczej opozycja zdobyła nagranie rozmowy, w której prezydent polecała członkowi komisji wyborczej, by załatwił jej przynajmniej milion głosów ponad to, co osiągnie główny rywal. Prezydent zaprzeczyła, a jej partia zablokowała wszczętą w parlamencie procedurę impeachmentu. Jednak jej mąż Mike wyjechał z kraju - podobnie jak starszy syn i zięć jest podejrzewany o czerpanie zysków z nielegalnej loterii.

Filipiny - była kolonia hiszpańska, potem amerykańska, od 1946 r. niepodległe państwo - były pół wieku temu uznane za najbardziej obiecujący kraj regionu. Dziś pisze się o "chorym człowieku Azji". Zdaniem specjalistów źródłem słabości jest nieprzeprowadzona reforma rolna, słabość struktur państwa, która jest z kolei spadkiem po epoce kolonialnej, i skupienie władzy politycznej i bogactwa w ręku kilkudziesięciu potężnych rodów latyfundystów, wśród nich Arroyo, Marcos i Aquino.