88. urodziny Armii Czerwonej

Rosjanie obchodzili w czwartek ukochane święto - Dzień Obrońcy Ojczyzny. Każdemu mężczyźnie kobiety przysyłały okolicznościowe kartki z czołgami, myśliwcami czy krążownikami, przynosiły podarki, nalewały frontowe sto gramów

Urodziny Armii Czerwonej są przez naród nazywane Dniem Mężczyzny, bo w rosyjskiej tradycji mężczyzna to istota zbrojna i umundurowana.

Rosjanie obchodzą swój dzień wojska powszechnie i do pracy pójdą dopiero w poniedziałek. Kochają armię i są dumni ze swych tradycji bojowych, ale jednocześnie boją się swojej armii i służyć w niej za nic nie chcą.

Kiedy socjologowie z Centrum Jurija Lewady zapytali Rosjan, jakie emocje nachodzą ich, kiedy myślą o swych siłach zbrojnych, dwie trzecie z nich odpowiedziało, że żal, politowanie i współczucie. Na pytanie, czy chciałbyś, by twój brat, syn lub mąż służyli w armii, 69 proc. respondentów odpowiedziało, że nie.

A jednocześnie 62 proc. pytanych twierdzi, że ufa armii, i uważa, że jest ona w stanie obronić kraj przed napaścią.

Lęk Rosjan przed własną armią rośnie z roku na rok. I nic dziwnego. Dziś poza ogarniętym wojną Północnym Kaukazem co roku z rąk kolegów, w wypadkach, od chorób lub na skutek samobójstw ginie tysiąc żołnierzy. 5 tys. wojskowych dezerteruje. Do tak drastycznych kroków pcha ich nędza panująca w koszarach, a przede wszystkim "diedowszczyna", szczególnie okrutna rosyjska forma fali.

Niedawno krajem wstrząsnął przypadek poborowego Andrieja Syczewa, którego starsi koledzy masakrowali tak długo i systematycznie, że chirurdzy, ratując mu życie, musieli amputować mu nogi i narządy płciowe.

Takie tragedie zdarzają się w rosyjskich koszarach codziennie. I nic na to nie poradzą protesty obrońców praw człowieka, demokratów argumentujących, że przyszedł najwyższy czas, by Rosja zrezygnowała z poboru i zafundowała sobie armię zawodową. Tego akurat bardzo nie chcą generałowie.

To oni zrobili wszystko, by nie powiódł się rozpoczęty cztery lata temu eksperyment z Pskowską Dywizją Powietrznodesantową, która jako pierwsza w Rosji miała się stać formacją w pełni zawodową. Utopili w Pskowie setki milionów dolarów tylko po to, by udowodnić Kremlowi, że Rosja nie dojrzała jeszcze do armii zawodowej i musi trwać przy poborze.

Ich interes jest jasny. Dla nich z ich umiejętnościami nie byłoby miejsca w nowoczesnym wojsku zawodowym. Gdyby pobór został zniesiony, nie dostawaliby łapówek za zwolnienia od służby, a dziś taka łapówka to co najmniej 5 tys. dol. A do tego wszystkiego żołnierzy zawodowych nie mogliby gnać do darmowej pracy przy budowie swoich willi.

Armia poborowa ich karmi. Rosjanie nie na darmo mówią, że ich generałowie na głowę biją wszystkie armie NATO pod względem pękatości brzuchów i rozmachu budownictwa luksusowych podmiejskich domów.

Rosjanie ufają jednak, że armia dowodzona nawet przez takich generałów jest w stanie ich obronić. Bo kochają bojową tradycję swego narodu, który, nie bacząc na ogromne straty, zwyciężył Szwedów pod Połtawą, Napoleona pod Moskwą, a Hitlera w Berlinie. Wierzą, że prosty rosyjski żołnierz, oszukiwany i okradany przez dowódców, poniewierany przez kolegów, zawsze okaże się mężny i dzielny.

Wciąż wierzą w to, co powiedział kiedyś generał Piotr Bagration, który śmiało stawiał czoło Napoleonowi: - Rosyjskiego żołnierza nie wystarczy zabić, trzeba go jeszcze przewrócić.