Wiceminister gospodarki promuje gorzowian za plecami premiera

Kto próbuje wkraść się w łaski premiera, faworyzując na stanowiska w Kompanii Węglowej niemających pojęcia o węglu ludzi z Gorzowa? Kto spowodował, że premier się wściekł i zagroził wyciągnięciem konsekwencji wobec tej osoby? Tą osobą jest wiceminister gospodarki Tomasz Wilczak.

W sobotę napisaliśmy, że w radzie nadzorczej Kompanii Węglowej znaleźli się Maria Andrzejewska-Sroczyńska, Marek Rusakiewicz i Lech Marek Gorywoda. Wiceprezesem zarządu został Jan Dwojewski - wszyscy są z Gorzowa Wielkopolskiego, rodzinnego miasta premiera. Po naszym tekście wszyscy przysłali do redakcji "Nowego Dnia" oświadczenie, że nie znają premiera i że nie miał on wpływu na obsadę stanowisk w spółce górniczej. O ich powołaniu - piszą - zdecydowało walne zgromadzenie akcjonariuszy Kompanii Węglowej SA.

Jak jednak dowiedzieliśmy się z wiarygodnych źródeł, o nominacjach zdecydował wiceminister gospodarki Tomasz Wilczak. Dlaczego chciał, by we władzach największej spółki wydobywczej w Europie zasiadły właśnie te osoby? Jakimi kryteriami się kierował? - Ministerstwo Gospodarki stara się, aby podlegające mu spółki Skarbu Państwa były kierowane przez osoby, które nie są uwikłane w żadne partykularne interesy, a posiadają umiejętności menedżerskie. Te osoby nie muszą mieć doświadczeń w górnictwie - mówił "Gazecie Wyborczej" Tomasz Wilczak.

A jakie kompetencje menedżerskie mają osoby faworyzowane przez wiceministra Wilczaka? Sprawdziliśmy.

Pani Andrzejewska-Sroczyńska, lekarz, nigdy nie miała do czynienia z biznesem. Była działaczka gorzowskiego ZChN (podobnie jak premier) została pełnomocnikiem ds. osób niepełnosprawnych w rządzie Hanny Suchockiej, gdy wiceministrem oświaty był Kazimierz Marcinkiewicz. Obecnie jest prezesem Fundacji Ochrony Zdrowia Inwalidów.

Pozostali gorzowianie, którzy teraz zgodnie odcinają się od znajomości z premierem, a wcześniej z nim konspirowali w solidarnościowym podziemiu lub współpracowali w Gorzowie po 1989 r., także nie mogą się pochwalić sukcesami ani we własnym biznesie, ani w zarządzaniu nie swoimi pieniędzmi.

Agencja Rozwoju Regionalnego w Gorzowie, której prezesował Marek Rusakiewicz (Gorywoda zasiadał w jej radzie nadzorczej), była spółką, w której udziały na początku lat 90. miały samorządy i Skarb Państwa. Przez wiele lat przynosiła straty i ostatecznie stała się prywatną firmą deweloperską.

Kariery menedżerskie Lecha M. Gorywody i Jan Dwojewskiego zaczęły się w 1992 r. Pierwszy został wtedy prezydentem, a drugi wiceprezydentem Gorzowa. Gorywoda w 1994 r. zostawił miasto z pustą kasą, niezapłaconym podatkiem VAT i niewyjaśnioną do końca aferą nietrafionej inwestycji w budowę kompostowni miejskiej. Francuskiej firmie Koch miasto wpłaciło 7,7 mln ówczesnych franków na zbudowanie kompostowni. Gdy okazało się, że inwestycja nie jest warta tych pieniędzy, z trudem po dwóch latach udało się odzyskać od Francuzów jedynie 5 mln franków. Za te "osiągnięcia" z okresu prezydentury gorzowscy radni odwołali go Gorywodę z funkcji wiceprzewodniczącego rady miejskiej.

Jan Dwojewski wyjechał z Gorzowa do Zielonej Góry, gdzie został dyrektorem miejscowego PKS. Odszedł z firmy w 2003 r. Pozostawił przedsiębiorstwo z długami i zakupionymi za jego kierownictwa starymi i bardzo drogimi w eksploatacji autobusami, z którymi nie wiadomo, co teraz zrobić.