Odurzeni chuligani spalili ośrodek w Świdnicy

21 wychowanków ze schroniska dla nieletnich w Świdnicy wznieciło bunt, bo brakowało im... wolności, a wychowawcy ich źle traktowali. By wydostać się na zewnątrz, palili drzwi, materace, meble, karnisze, zniszczyli sprzęt muzyczny, telewizor, odtwarzacz DVD. Liczyli, że ogień umożliwi im ucieczkę. Natychmiast na nogi postawiono antyterrorystów i oddziały prewencji. Po pięciu godzinach negocjacji chuligani poddali się.

Twierdzą, że byli źle traktowani przez wychowawców, jednak wyniki kontroli z ubiegłego roku, jaką prowadził wizytator Andrzej Wiśniewski, dowodzą czego innego. Mogli spotkać się z nim w cztery oczy, ale chętnych było tylko pięciu - jeden narzekał, że jest bity przez współosadzonych, czterech poprosiło o porady. - W 2005 r. nie stosowano wobec wychowanków schroniska środków przymusu bezpośredniego - napisał Wiśniewski w raporcie.

W schronisku przebywało 41 chuliganów w wieku od 14 do 18 lat. Większość z kryminalną przeszłością, także zabójcy. Oczekiwali na zakończenie procesów. Chłopcy nie mieli powodów do narzekań: cztery posiłki dziennie, świąteczne paczki, przyzwoicie urządzone sypialnie, wyposażone świetlice ze sprzętem muzycznym, telewizorami, wielkimi akwariami i fotelami. Chodzili do szkoły, grali w piłkę, ćwiczyli na siłowni, latem korzystali z basenu.

Uderzył mistrz szachów

W piątek późnym wieczorem 11 wychowanków przebranych w piżamy kończyło oglądać w świetlicy film na wideo Wychowawca Andrzej M., który godzinę wcześniej rozpoczął dyżur, przebywał w pomieszczeniu obok. Zwabiony wołaniem wszedł do świetlicy. Kątem oka zobaczył, że za plecami skrada się Damian P. - 16-letni blondynek, schroniskowy mistrz szachów. Wychowawca instynktownie osłonił głowę. Uderzony kilkakrotnie, prawdopodobnie nogą od krzesła, zachwiał się, ale nie przewrócił. Zdołał uciec na korytarz i zamknąć drzwi. Krzyknął, by ochroniarz wezwał policję, a sam wybiegł na zewnątrz.

Zbiegiem okoliczności ulicą przejeżdżała jego siostra. Katarzyna M. zabrała brata na pogotowie, a następnie do szpitala, gdzie lekarze założyli mu sześć szwów na głowie i trzy na ręce. Andrzej M. jest w szoku. W schronisku pracował od niespełna dwóch lat, wcześniej był dyrektorem domu kultury, w ośrodku organizował konkursy, zajmował się fotografią, wystawiał sztuki teatralne.

- Kiedy napastnikom nie udało się zabrać Andrzejowi kluczy, zwątpili. Nie byli na to przygotowani - przypuszcza Jan Starek, kierownik internatu schroniska. - Wtedy poszli na całość.

Odurzeni gazem z zapalniczek

Do buntu przyłączyło się jeszcze dziesięciu. Podpalali sprzęty, wpadli do magazynków, w których przechowywano pastę do podłogi. - Jak to zaczęło się palić, nawdychali się oparów. Byli odurzeni - opowiada wychowawca. - Do tego doszedł gaz z zapalniczek i wyziewy z dezodorantów. No i myśl, że na wolności czekają panienki...

Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Chuligani pobiegli w drugi koniec korytarza, zamykając wzmocnione drzwi. Zabarykadowali się i przez okna wyrzucali butelki. Krzyczeli, że wychowawcy łamią regulaminy, źle ich traktują, że chcą być w telewizji.

Schronisko otaczali policjanci, antyterroryści i oddziały prewencji. Przyjechali dyrektor placówki, trzech policyjnych negocjatorów oraz Jacek Szerer, prezes Sądu Okręgowego w Świdnicy. - Namawiałem ich, by się zastanowili i elegancko wyszli. Mówiłem, że jeśli dojdzie do eskalacji, ich odpowiedzialność będzie jeszcze większa - opowiada.

Po kilku godzinach rozmów buntownicy otrzymali pisemną obietnicę od prezesa sądu, że Ministerstwo Sprawiedliwości wspólnie ze świdnicką prokuraturą przeanalizuje sytuację w schronisku i pociągnie do odpowiedzialności wychowawców, którzy stosowali wobec osadzonych przemoc fizyczną. - Byłem w szoku, kiedy policja ich wyprowadzała - mówi sędzia Szerer - Wyglądali na grzecznych, normalnych chłopców, a nie bandziorów.

Brakowało im wolności

W sobotę po zakończeniu buntu, 11 nieletnich trafiło do izb dziecka, pozostali do policyjnej izby zatrzymań. Kilku płakało w trakcie zeznań. Policja wytypowała czterech prowodyrów, a prokuratura postawiła im zarzuty: wzniecenia pożaru, zniszczenia mienia, włamania, kradzieży pieniędzy i uszkodzenia ciała. Grozi im do 10 lat więzienia. Cała czwórka miała dobre lub bardzo dobre oceny ze sprawowania, cieszyła się przywilejami i prawem do przepustek. - Jak słyszę brednie o tym, że nie przestrzegaliśmy regulaminów, to śmiech mnie ogarnia - kręci głową Sławomir Nowicki. - Ci chłopcy mieli wszystko, brakowało im tylko jednego. Wolności - dodaje inny wychowawca Sławomir Mazurek.