Kiedy Niemcy poradzą sobie z bezrobociem

Bezrobocie to w Niemczech problem psychologiczny. Ludzie są rozpieszczeni, bo dostają od państwa zbyt hojną pomoc - mówi niemiecki ekspert prof. Michael Bolle

Bartosz T. Wieliński: Skąd w Niemczech, czołowej gospodarce świata, wzięło się pięciomilionowe bezrobocie?

Prof. Michael Bolle: Gdy w 1973 r. wybuchł kryzys paliwowy, a świat dodatkowo ucierpiał po załamaniu się systemu walutowego, doszło do pierwszych masowych zwolnień, zjawiska nieznanego w powojennych Niemczech. Od tej pory bezrobotnych przybywa. Po zwyżce cen ropy w gospodarkę uderzyły efekty globalizacji. Zaczęliśmy przegrywać w walce na światowym rynku, bo azjatycka konkurencja była w wielu branżach po prostu tańsza niż Niemcy. W 1990 r. Niemcy się zjednoczyły, to zaś pociągnęło za sobą przeolbrzymie koszty - w b. NRD wpompowano 1250 mld euro, a tak gigantyczna inwestycja wcale nie poprawiła wyników gospodarczych kraju. Przeciwnie, spowodowała kryzys, a bezrobocie we wschodnich Niemczech i całym kraju rosło. Dziś bez pracy jest 5 mln ludzi - to tak jakby bez pracy była cała Słowacja.

Problem jest w tym, że do tej pory władze patrzyły na bezrobocie przez pryzmat sytuacji gospodarczej z lat 60., kiedy rozkoszowaliśmy się cudem gospodarczym. Tymczasem minęło pół wieku, Niemcy zmieniły się, a bezrobocie też trzeba zwalczać w inny sposób.

Jednak niemieccy bezrobotni nie szukają pracy tak desperacko jak Polacy. Hamburskie urzędy pracy podają, że jedynie co czwarty bezrobotny jest zainteresowany znalezieniem zatrudnienia.

- I tu jest pies pogrzebany. Za parę miesięcy w Niemczech zaczną się zbiory szparagów. Do pracy tłumnie stawią się Polacy, bo choć praca jest ciężka i nie najlepiej płatna, to i tak wyjdą lepiej niż na polskim zasiłku. A Niemcy? Ich praca w polu nie interesuje, bo dostają doskonały zasiłek. Bezrobocie to w Niemczech problem psychologiczny. Ludzie są rozpieszczeni, bo dostają od państwa zbyt hojną pomoc.

Od kilku lat Niemcy zaciskają pasa. Rząd Schrödera zreformował system zasiłków socjalnych, wypłaca bezrobotnym mniej pieniędzy i obostrzył kryteria ich przyznawania. Ta polityka się sprawdza?

- No nie, bo bezrobocie właśnie wzrosło. Ale moim zdaniem wreszcie zaczęliśmy udowadniać ludziom, że bycie bezrobotnym to nie luksus, że bardziej opłaca się

szukać pracy, niż dostawać z miesiąca na miesiąc coraz mniejszy zasiłek. To oczywiście dla bezrobotnych bolesne, ale innego wyjścia nie ma. Okazało się, że system ubezpieczeń społecznych w Niemczech jest zbyt drogi i państwa już na niego nie stać.

Jeśli zaś chodzi o efekty, to ich szybko nie będzie. Sytuacja rynku pracy w Niemczech przypomina historię człowieka, który jako małe dziecko zaczął mieć problemy z własną psychiką. W wieku 30 lat poszedł po pomoc do lekarza. Ale ten też potrzebuje czasu, by go zupełnie uzdrowić. Kto wie, czy nie następnych 30 lat?

Więc zaciskanie pasa nie obniży kosztów pracy i Niemcy będą przegrywać w konkurencji z pracownikami z Europy Wschodniej czy z Azji?

- Jeśli chodzi np. o pracę w rolnictwie, na budowach czy proste usługi, to nigdy nie uda się nam zejść do stawek, za jakie pracują Polacy czy Rumunii. I to nie jest problem tylko Niemców. We Włoszech np. opieką nad starszymi zajmują się imigranci z Albanii, bo miejscowi pielęgniarze są za drodzy. Ale to jedna strona medalu, bo są takie branże, w których Niemcy ciągle mogą być konkurencyjni. To branża zaawansowanych technologii, przemysł maszynowy, chemiczny. Tu mamy wielki potencjał naukowy i potrafimy szkolić kompetentnych pracowników. I na te gałęzie przemysłu powinien stawiać rząd. Rolnictwo nie będzie napędzać niemieckiej gospodarki, a prace polowe powinniśmy zostawić obcokrajowcom.

A zatem Berlin powinien otworzyć rynek pracy dla pracowników z nowych krajów Unii?

- Tak. To będzie pozytywnie stymulować nasz rynek pracy. W krajach, które to zrobiły, rynki pracy wcale się nie załamały, a gospodarka tylko na tym zyskała. Problem z tym, że otwarcie rynków pracy to decyzja polityczna, której niemieccy politycy się obawiają. Myślę, że rynek pracy w Niemczech będzie otwierał się stopniowo, ale o wiele wolniej, niż chcieliby tego Polacy czy Czesi.

Liberałowie obwiniają za bezrobocie rozrośnięty system państwa socjalnego i postulują, by je raz na zawsze zdemontować

- W sensie naukowym mają zupełną rację. Ale w sensie politycznym to nie do przyjęcia. Nagła likwidacja systemu opieki, jaki budowano w Niemczech od ponad stu lat, byłaby po prostu okrucieństwem. Reakcja społeczeństwa byłaby całkowicie negatywna. Nikt na coś takiego nie pozwoli.

No właśnie. W Badenii Wirtembergii postanowiono, że pracownicy komunalni mają pracować 40, a nie 38 godzin tygodniowo. Mimo że w ciągu dnia zostaną w pracy średnio kwadrans dłużej, to związki zorganizowały wielki strajk, który ogarnia kolejne landy. Czy przypadkiem rynek pracy w Niemczech nie jest kwadraturą koła, gdzie zawodzą i radykalne, i delikatne metody?

- Ludzie niechętnie rezygnują ze swoich przywilejów, to naturalne. Sęk w tym, że Niemcom grozi po prostu plajta i czy chcemy, czy nie, socjal trzeba redukować. Tak jak mówiłem, trzeba robić to ostrożnie, patrzeć na koszta społeczne, ale odwrotu nie ma.

Ostatnio dużo mówi się też o podniesieniu wieku emerytalnego z 65 do 67 lat. Ludzie protestują, bo przywykli do tego, że po 65. roku odchodzi się w stan spoczynku. To do dzisiaj było u nas naturalną koleją rzeczy. Tyle że okazuje się, że Niemiec nie stać na to, by ludzi odsyłać na emeryturę i by marnować ich umiejętności. Nie wszyscy to rozumieją, stąd protesty. Jeśli jednak spojrzeć na klasę polityczną, to tam z wyjątkiem grupy starszych wiekiem wschodnioniemieckich działaczy "nowej lewicy" pogląd o konieczności stopniowego ograniczania państwa socjalnego jest powszechnie podzielany. Myślę, że społeczeństwo wkrótce też do tego dojrzeje, po prostu okaże się, że stoimy przed murem i jest jedna alternatywa: albo cięcia przywilejów, albo bankructwo kraju.

Spora część Niemców woli wyjechać do pracy za granicę, niż iść na zasiłek. Dwa lata temu z Niemiec wyemigrowało więcej ludzi niż po przejęciu władzy przez Hitlera. Czy Niemcom grozi nowa fala emigracji zarobkowej?

- Myślę, że nie. Część ludzi zawsze wyjeżdża, nawet z krajów, gdzie sytuacja na rynku pracy jest lepsza. Niemcy nie odczuwają przecież skutków Wielkiego Kryzysu.

Jakie są prognozy dla rynku pracy?

- Długoterminowo bezrobocie za 20-30 lat przestanie być problemem. Społeczeństwo się jeszcze bardziej zestarzeje, a z roku na rok na rynek pracy będzie wchodzić coraz mniej młodych ludzi. Dojdzie być może nawet do tego, że rąk do pracy będzie w Niemczech za mało! Natomiast przewiduje się, że za kilka lat bezrobocie spadnie do 7 - 8 proc. W 2015 r. nie powinno przekraczać 4-5 proc. (obecnie stopa bezrobocia wynosi 12,1 proc.). Ja jestem optymistą. Proszę spojrzeć, jak wyglądała sytuacja w Wielkiej Brytanii, zanim rządy objęła Margaret Thatcher: Strajki, bezrobocie, totalny bezwład. Po dziesięciu latach sytuacja zmieniła się diametralnie. Wielka Brytania to dziś lider światowej gospodarki. Wierzę, że nasz rząd weźmie gospodarkę w ryzy. W Niemczech nie da się wprawdzie działać tak radykalnie jak w Wielkiej Brytanii w latach 80. i politycy muszą uważać, by nie stracić poparcia społecznego. Reformy w Niemczech będą wolniejsze, ale przyniosą podobne efekty.

(Prof. Michael Bolle, ekspert od rynku pracy, wykłada na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie