Oswajanie deski - mówi Jagna Marczułajtis

Jak to jest, że tydzień przed rozpoczęciem igrzysk w Turynie trenuje Pani w Szczyrku? Mogło by się wydawać, że do takiej imprezy można przygotować się tylko w Aplach, Pirenejach albo Stanach Zjednoczonych - ojczyźnie snowboardu.

A ja właśnie uznałam, że przed samymi igrzyskami muszę odpocząć od tych wszystkich Alp, wyjazdów, gonitwy, bo mam tego i tak za dużo przez cały rok. Chciałam naładować akumulatory z rodziną. Z trenerem Piotrem Paluchem postanowiliśmy więc potrenować w domowych warunkach. Początkowo zamierzaliśmy ćwiczyć w Zakopanem, ale dzięki "życzliwości" właścicieli stoków okazało się to niemożliwe. Na szczęście znaleźliśmy też dobre warunki w Szczyrku.

Kiedy cztery lata temu w Salt Lake City zajęła Pani czwarte miejsce, wyjaśniała, że jest w superformie, że osiągnęła szczyt możliwości. Z jaką formą jedzie Pani do Turynu?

Dobrze się czuję, a czy forma rośnie, czy maleje, nie mam pojęcia. Zawsze, kiedy się wygrywa, mówią, że forma jest, a jak przegrywa, że jej nie ma. Ja się nad tym nie zastanawiam. Po prostu pojadę w Turynie swoje i zobaczymy, na ile wystarczy. Powiem tylko tyle, że "wjeżdżam się" jeszcze w nowe deski, oswajam z nimi i ich możliwościami. Jeszcze nie do końca je czuję. To "wjechanie się" jest teraz priorytetem, reszta przyjdzie sama.

Na pewno Panią uskrzydla ta styczniowa wygrana w Pucharze Świata.

Tak, choć powtarzam wszystkim, że wygrałam zawody w slalomie równoległym, który nie jest konkurencją olimpijską. W Turynie wystartuję w slalomie gigancie równoległym. Ale przyjemnie było wrócić na podium po dwóch latach przerwy. Poczułam, że przełamałam jakąś barierę. Skoro pokonałam dwie tak wielkie zawodniczki jak Szwajcarki Ursule Bruhin i Daniele Meuli, to wiem, że mogę wygrać z każdym. W dodatku poprawiłam punkty FIS, dzięki czemu w Turynie będę losowana w pierwszej "16".

Wobec słabszej formy Adama Małysza, biatlonistów, biegaczy, łyżwiarzy cała Polska to w was, snowboardzistkach, upatruje medalowych szans na igrzyskach. Czuje Pani tę presję?

Media piszą o mnie i Paulinie Ligockiej, bo wygrałyśmy ostatnio w Pucharze Świata, a powinny prześledzić, kto zwyciężał przez ostatnie cztery lata. Wszyscy by chcieli usłyszeć deklarację, że jadę do Turynu po medal. A ja tak nie powiem, bo droga do tego medalu jest naprawdę długa i męcząca. A presją w ogóle się nie przejmuję. W Turynie pojadę swoje.

Czy snowboardziści trzymają się razem? Zna Pani freestyle'owców?

Nie, nie utrzymujemy ze sobą prawie żadnego kontaktu, bo nasze konkurencje to jak narciarstwo alpejskie i skoki narciarskie. Znam tylko Paulinę, bo wspólnie przygotowywałyśmy się kondycyjnie do sezonu. Ja nawet kiedyś jeździłam na half pipie i nawet startowałam w zawodach, ale to było dawno i nieprawda. Wspominam to jako miłą przygodę.

Czy to, że została Pani chorążym polskiej kadry, nie zdeprymuje przed startem?

Skąd! Przecież to wielki zaszczyt i wyróżnienie nieść podczas ceremonii otwarcia igrzysk biało-czerwoną flagę. Kiedy szef PKOl Piotr Nurowski zaproponował mi to telefonicznie, byłam bardzo zaskoczona, ale bez zastanowienia odpowiedziałam: "Tak!".