Łabędziowi na ratunek

Po ostatniej fali mrozów stało się to, czego się spodziewałem od dawna, niemal każdej zimy. Otóż trafił do mnie łabędź niemy, niewątpliwa ofiara niskich temperatur, a może nawet niewłaściwego dokarmiania.

Zanim jednak opowiem o tym konkretnym przypadku, napiszę o łabędziach w ogóle.

Te olbrzymie ptaki jeszcze kilkadziesiąt lat temu były dość rzadkie. Dziś można je spotkać na każdym, nawet bardzo małym oczku wodnym, a zimą wszędzie tam, gdzie jest wolna od lodu woda. Zbierają się przy różnego rodzaju ściekach, gdzie znajdują pokarm, albo po prostu w miejscach, gdzie są dokarmiane. Gdyby nie były - to zapewne poleciałyby w zachodnie rejony Bałtyku, gdzie woda zamarza bardzo rzadko.

No i kiedy przychodzi większy mróz, łabędzie zostają uwięzione w lodzie. Dzieje się to na dwa sposoby: albo ptaki po prostu zostają zakleszczone przez lód, gdy są na wodzie, albo mokrymi piórami przymarzają do lodu, gdy wychodzą na noc z wody. W obydwu wypadkach mają małą szansę na przeżycie bez pomocy człowieka. Zresztą nieraz zimą słyszy się o strażakach, którzy ratują takie przymarznięte łabędzie. Gdy pisałem ten felieton, w internecie pojawiła się informacja o mniej więcej 30 łabędziach uwięzionych w ten sposób na Wiśle pod Warszawą.

Z moim łabędziem było nieco inaczej - lód go nie uwięził. Wylądował we wsi Jagodniki. I to wylądował nie na wodzie, tylko na stałym lądzie, tuż obok ludzkich siedzib. Zresztą w pobliżu tej wsi nie ma żadnego większego zbiornika wodnego. Tu warto dodać, że łabędzie to nasze najcięższe ptaki i jedne z najcięższych latających ptaków na świecie. Ze swoją wagą dochodzącą do 10 kg są na granicy ptasich możliwości wzbicia się w powietrze. Dlatego właśnie najczęściej widzimy je, jak startują z wody, i to z dość dużego rozbiegu. Nie oznacza to wcale, że łabędzie nie potrafią startować z lądu. Owszem, potrafią, ale robią to o wiele rzadziej i na pewno na taki krok nie zdecydują się ptaki osłabione. Wygląda więc na to, że mój łabędź najprawdopodobniej wzbił się w powietrze z wody, która właśnie zamarzała, i ruszył na poszukiwanie jakiegoś cieplejszego akwenu. Niestety, mrozy skuły lodem wszystko w okolicy. Biedak latał w poszukiwaniu otwartej wody, aż opadł z sił. Nic w tym dziwnego, bo przecież lot jest najbardziej energochłonną czynnością w życiu ptaków. Trudno powiedzieć, jak długo był w powietrzu, ale kiedy go odbierałem, nie był w stanie utrzymać się na nogach. Zapewne zdecydował się na lądowanie w Jagodnikach w akcie desperacji i byłoby to jego ostatnie lądowanie, gdyby nie dobrzy ludzie, którzy się nim zaopiekowali. Dlatego zanim gdzieś zaczniemy dokarmiać łabędzie, pomyślmy trochę, czy nie lepiej zostawić je samym sobie i głodem zmusić, zanim będzie za późno, do podróży tam, gdzie zimy nie bywają tak ostre. Ten, który trafił do mnie, co prawda już staje na nogi i groźnie syczy, gdy mnie widzi, ale z wypuszczeniem go trzeba będzie poczekać na prawdziwe ocieplenie.