Przywrócony do życia

Osiemnaście lat temu jego zdjęcie obiegło świat. Tyle z przeszczepionym sercem żyje Tadeusz Żytkiewicz. Od pięciu lat ma też nową nerkę

Nikt by się nie domyślił, że za kilka dni skończy 80 lat. Szczupły, wyprostowany. W swoim mieszkaniu na warszawskim Grochowie wita mnie rześkim uśmiechem i zaczyna swoją opowieść...

Przez większość życia pracowałem jako inspektor oświatowy na Pradze Południe. Pierwszy zawał miałem w wieku 44 lat. Wtedy nie leczono zawału tak jak dziś. Przeleżałem bez ruchu trzy miesiące, ale potem wróciłem do zdrowia i pełnej aktywności, a ja zawsze lubiłem być dużo w ruchu. Przez dwanaście lat było całkiem dobrze. Nie czułem choroby, dopóki w 1982 roku nie miałem drugiego zawału. Dwa lata później był trzeci i odtąd było już bardzo źle. Lekarz, który mnie prowadził, rozłożył ręce i powiedział: - Nie ma rady na tę chorobę.

Przeszedłem na emeryturę. Nie miałem sił. Wszystko, na co było mnie stać, to spacer wokół domu. Z wielkim wysiłkiem wchodziłem na to swoje drugie piętro. A jednak nie chciałem pogodzić się z chorobą.

Proszę mi pomóc

Był 1985 rok. Cała Polska usłyszała, że Zbigniew Religa zrobił w Zabrzu pierwszy przeszczep serca. Wstąpiła we mnie nadzieja. Cóż, kiedy moi lekarze dalej rozkładali ręce. Aż kiedyś trafiłem do doktora Włodzimierza Czarneckiego, byłego ucznia mojej żony. Powiedział, żebym napisał do Religi. Zrobiłem, jak mi doradził. To był bardzo krótki list, trzy zdania: "Jestem nauczycielem. Choruję na serce. Proszę mi pomóc".

Religa zaprosił mnie do Zabrza, ale kiedy tam pojechałem, trafiłem do prof. Stanisława Pasyka, a on zbadał mnie i nie dał żadnej nadziei. Powiedział, że jestem za stary, bo mam już ponad 60 lat, a takim serca się nie przeszczepia.

Szukałem ratunku. Trafiłem w końcu do samego Religi. On rozważał by-passy, ale zrezygnował. Moje serce było w 80 proc. martwe. W końcu powiedział: - Nie ma bariery wieku. Jeśli ma pan zdrowe nerki i płuca, będziemy przeszczepiać.

Wróciłem do Warszawy i nikomu poza żoną i jednym z synów nie powiedziałem o swojej decyzji. Nie chciałem dyskusji i pytań, czy warto podejmować takie ryzyko. Ja wiedziałem, że to dla mnie jedyna droga.

Czekając na wezwanie do Zabrza, żyłem całkiem normalnie, ale zawsze był przy mnie ktoś i zawsze był też ktoś w domu, żeby odebrać telefon. Zresztą na wiele nie miałem sił. Tylko ten spacer po ustalonej trasie wokół domu. Żona wiedziała, jakim rytmem ją przemierzam i gdzie akurat o danej porze mogę być. 4 sierpnia 1987 roku o godz. 10 odebrała telefon. Poprosiła sąsiadkę, żeby szybko przywiozła mnie pod dom. Potem karetką na samolot. Była burza, musieliśmy lądować w Krakowie. Dopiero potem helikopterem zawieziono mnie do Zabrza.

Życie, co za frajda!

Przed operacją rozmawiałem z panią psycholog. Miała mnie przygotować do przeszczepu, ale byłem tak optymistycznie nastawiony, że właściwie to ja przekonywałem ją, że wszystko będzie dobrze.

O północy zaczęła się operacja, obudziłem się w południe. To było cudowne. Nowe serce biło we mnie mocno. Wiedziałem, że jestem na ziemi, że żyję. Po dwóch dniach wstawałem z łóżka. Przyjechała rodzina. Wtedy poczułem, jak to dobrze, że na operację pojechałem sam, bo przy nich się rozkleiłem.

Po tygodniu przyszedł kryzys. Męczyłem się strasznie. Jeszcze przed operacją bardziej niż śmierci bałem się niepełnosprawności, skazania na pomoc innych w najprostszych czynnościach i wtedy w tym momencie kryzysu ogarnęły mnie wątpliwości, czy było warto... aż napiąłem mięśnie i przez sączki założone do klatki piersiowej zaczęła wychodzić ze mnie cała ropa, która tam była. Od tego momentu zacząłem dochodzić do siebie.

Po trzech tygodniach znalazłem się w Reptach. Tam spotkałem dwóch innych "przeszczepieńców" z Zabrza: Janusza Badurskiego i Romana Wiewióra, którego znałem już wcześniej ze szpitala i który tak jak ja ma już dziś także przeszczepioną nerkę.

Mieli operację mniej więcej w tym czasie co ja. Cieszyliśmy się życia jak nigdy. Przecież byliśmy skazani na śmierć i nagle okazało się, że jesteśmy z powrotem sprawni. Co to za frajda! Tryskaliśmy humorem. Chodziliśmy do sklepu i podrywaliśmy ekspedientki. Wybieraliśmy się na spacery, a nawet na wycieczkę do zabytkowej sztolni. Tam było zimno, no i trzeba po stu schodkach zejść w dół, a potem wejść w górę. Trochę się baliśmy, ale stwierdziliśmy, że jednak już nas na to stać. Daliśmy radę.

Zmartwychwstały w domu

Wróciłem do domu na imieniny 28 października. Witano mnie jak zmartwychwstałego. Zwłaszcza moi lekarze, którzy w ogóle nie wiedzieli, że wybieram się na przeszczep do Zabrza.

Na książeczkę inwalidzką, a taką dostałem po przeszczepie, można było wtedy kupić "malucha" bez kolejki. Wykorzystałem szansę i w wieku 62 lat zrobiłem prawo jazdy i kupiłem auto.

Chciałem od razu wrócić do pracy, ale musiałem czekać do września, aż zacznie się rok szkolny. Wprawdzie była zasada, że nie należy wchodzić w zbiorowiska ludzi, bo leki przeciw odrzutowi bardzo obniżają odporność, ale profesor mi pozwolił. Powiedział tylko - jak będzie grypa, zrobisz sobie przerwę. I tak wróciłem do pracy. Nie byłem już inspektorem. Uczyłem za to historii i wiedzy o Polsce i świecie w liceum medycznym na Pradze. W sumie przepracowałem w życiu 50 lat do 2000 roku, kiedy wysiadły mi nerki.

Pracowały coraz gorzej, a potem była jeszcze kontrolna koronarografia. Podano mi kontrast, który bardzo szkodzi. Na drugi dzień przestałem sikać. Skierowano mnie na dializy.

To był najgorszy okres od przeszczepu serca. Straciłem siły. Byłem tak wykończony, że nie mogłem się zwlec z łóżka. Szczególnie wyczerpujące były wyjazdy na dializy. Stałem się niepełnosprawny. Dotknęło mnie to, czego tak się obawiałem. Ponad pół roku później, już w Warszawie, przeszczepiono mi nerkę. Znów mogłem sikać. Znów byłem sprawny.

Po przeszczepie nie przestałem działać społecznie. Zawsze miałem do tego zacięcie. Współtworzyłem Stowarzyszenie Transplantacji Serca i działam w nim cały czas. Pod swoim blokiem zorganizowałem parking.

Mam dwóch synów i trzy wnuczki. Co roku spędzam wakacje z żoną na wsi. Tam najlepiej się czujemy. Jeździmy na wschód. Zwiedzamy kościoły greckokatolickie, ale w tym roku nie wiem, jak będzie, bo żona ma kłopoty zdrowotne.

To moje ciało

Mam serce taksówkarza, 40-latka z Krakowa. Wiem o tym, bo jego żona dzwoniła do mojej. Opowiedziała jej, że oglądając kiedyś w telewizji program o przeszczepach, powiedział: Jakby mi coś się stało, oddaj moje serce Relidze.

To niebezpieczne mieć taki kontakt, a jednocześnie takie ludzkie, że ona chciała ze mną mówić. Ale nie mieliśmy odwagi się spotkać. Dziś nie ma jej już tutaj. Wyjechała do Stanów.

Nerkę mam od młodego chłopaka, ale o nim nic nie wiem. Tylko pani z analiz w szpitalu powiedziała mi, że była prawie idealna dla mnie pod względem zgodności tkankowej.

Zdaję sobie sprawę, że otrzymałem wielki dar. Mam obce serce i obcą nerkę, ale czuję, jakby to było moje ciało.

Byłem 19. pacjentem, któremu Religa transplantował serce, i pierwszym, z którym nikt z prasy już nie rozmawiał. Przeszczepy już im spowszedniały. Ale mam pamiątkę jak nikt. To słynne zdjęcie Religi wykończonego po kolejnej operacji. Ten pacjent na stole to ja przywrócony do życia. Jeśliby mnie ktoś zapytał o argument za przeszczepami, powiem: Spójrz na mnie! 18 lat darowanego życia. Czy trzeba więcej?!