Z powodu mrozów trudno dopchać się do fachowców

Wysiadają pralki, lodówki, farelki, akumulatory, rozruszniki, zamarzają rury z wodą. Mróz w kraju sprawił, że pracownicy warsztatów i punktów usługowych uwijają się jak w ukropie. Choć zarabiają na zimie krocie, to klientów jest tak dużo, że się nie wyrabiają. Nie chcą przyjmować już nowych zgłoszeń, wręcz opędzają się od nadmiaru klientów, którzy bezradni polegli w walce z niskimi temperaturami.

Nie mogąc się doczekać pomocy fachowców, ludzie radzą sobie sami. Zamarznięte rury podgrzewają suszarkami do włosów, a wyczerpane akumulatory w samochodach doładowują prostownikami pożyczanymi od sąsiadów. Jeśli nie dali rady sami naprawić samochodu, pozostaje im pomoc taksówkarzy. Np. ci z krakowskiego Radio Taxi Wawel za 15 zł przyjeżdżają do klientów z kablami i od własnych akumulatorów odpalają ich auta.

Fachowcy od rur i rurek

W Szczecinie już od kilku dni nie można znaleźć fachowców, którzy rozgrzaliby zamarznięte rury z wodą. - Dzisiaj nie ma mowy. Przyjedziemy może w przyszłym tygodniu - mówi Roman Bujnowicz z Pogotowia Lokatorskiego, które obsługuje awarie w połowie miasta. Zamarzają rury, pękają wodomierze. Dwa dni temu mróz odebrał wodę trzem dużym osiedlom, ale najwięcej jest zgłoszeń od pojedynczych lokatorów. Fachowców nie można wynająć nawet za pieniądze, choć mogą zarobić 100 zł w dwie godziny. Ludzie radzą sobie sami - zalewają rury gorącą wodą, przepychają, grzeją suszarkami i dmuchawami. - Nasi ludzie pracują na trzy zmiany, wyglądają jak sople lodu - mówi Tomasz Makowski ze szczecińskich wodociągów. - Ale najgorsze dopiero przyjdzie z roztopami: kiedy woda zacznie wypływać z pękniętych rur w ziemię, którą teraz w całości trzyma mróz. W 10-tysięcznym Kożuchowie (Lubuskie) wczoraj rano pękła rura doprowadzająca wodę do miasta - nikt nie ma wody, a w mieście nie ma ani jednego beczkowozu.

Lodówki nie lubią zimna

- To było wielkie zaskoczenie dla klientów, gdy nagle ich lodówki przestały chłodzić. Większość z nich działa, gdy w pomieszczeniach jest +16 st. C. Tak wyliczyli producenci i z taką klasą klimatyczną robią większość urządzeń elektrycznych w Polsce. Niestety, w mieszkaniach jest często chłodniej, więc lodówki nie mrożą, a pralki nie piorą - mówi Jarosław Kopiec, szef naprawy sprzętu AGD w Dom Serwis z Gorzowa.

Ale najwięcej klientów zgłasza się z uszkodzonym farelkami. Grzałki pracują w mieszkaniach całą mocą, więc się przepalają.

- Takiego ruchu dawno nie mieliśmy. Nawet ograniczyliśmy wyjazdy do zgłoszeń, bo mamy pełno roboty. Teraz jeden technik jest stale na miejscu. Prosimy klientów o przywożenie do nas dmuchaw i elektrycznych piecyków, w których najczęściej wysiadają spirale i termostaty. Naprawa grzejnika to wydatek rzędu 20-100 zł - mówi Jarosław Kopiec.

Kolejki do mechaników

- Tych kilka dni to były dla nas prawdziwe żniwa. Mamy o połowę więcej klientów niż zwykle. Na mrozie zamarza nawet benzyna słabszej jakości - mówi Krzysztof Salwa z warsztatu samochodowego El-graf w Kielcach. Jego mechanicy do wczoraj nie wyjeżdżali do klientów w teren. - Telefony dosłownie się urywały.

Również w Krakowie mechanicy mają pełne ręce roboty. - Co chwilę ktoś zgłasza nam problemy z rozruchem wozu. Jeśli problemem jest tylko słaby akumulator, to sprawę załatwiamy na poczekaniu. Nowy akumulator kosztuje od 90 zł w górę - mówi Adam Bielarz z zakładu przy ul. Żółkiewskiego w Krakowie. Ale najczęściej psują się rozruszniki. Kierowcy "piłują" rozruszniki i je przepalają. Czasem nie można go naprawić, a nowy kosztuje nawet 1,5 tys. zł - mówi Dariusz Stankiewicz z autowarsztatu przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie. Warsztat zapchany samochodami, każdemu się spieszy, a naprawa jednego rozrusznika trwa trzy godziny, więc kolejka rośnie.