PiS majstruje przy ustawie o służbie cywilnej

PiS chce zlikwidować konkursy na wysokie stanowiska urzędnicze. - Szukają bocznej furtki, by obsadzać stanowiska z nadania politycznego - komentuje przewodniczący Rady Służby Cywilnej prof. Marek Rocki

PiS chce znieść obowiązek organizowania konkursów na kierownicze stanowiska w agencjach, funduszach (np. KRUS, ZUS, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska) czy urzędach wojewódzkich. Jeżeli dokument zostanie przyjęty, to zlikwiduje obecnie obowiązujące przepisy, czyli ustawę o służbie cywilnej i tzw. ustawę Belki o przeprowadzaniu konkursów na stanowiska kierowników centralnych urzędów państwowych, funduszy i agencji. Zmiana ustawy to jeden z punktów paktu stabilizacyjnego, od którego PiS uzależnia koalicję z innymi partiami. Zdaniem wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego PiS Marka Kuchcińskiego ustawa o służbie cywilnej w obecnym kształcie toruje drogę do kariery urzędnikom z PRL-owskim stażem pracy, bo to oni stanowią większość wśród urzędników mianowanych. - A czy tacy ludzie sprawdzają się w czasach demokracji? - pyta Kuchciński

Na pierwszy ogień urzędy wojewódzkie i ministerstwa

Jeżeli PiS-owi nie uda się znaleźć koalicjantów do podpisania paktu, to będzie próbował już w lutym przeforsować w Sejmie nowelizację ustawy o służbie cywilnej, żeby ominąć przepisy konkursowe.

Co przeszkadza PiS-owi? Ustawa o służbie cywilnej wymaga, by wyżsi urzędnicy państwowi (dyrektorzy wydziałów urzędów wojewódzkich czy departamentów ministerstw i ich zastępcy) byli wybierani w konkursach, w których mogą brać udział tylko urzędnicy mianowani (czyli tacy, którzy są po studiach, zdali odpowiedni egzamin, znają język obcy i mają minimum dwuletni staż pracy w urzędzie). Rygory te mają blokować nominacje z politycznego i towarzyskiego klucza. PiS chce je znieść.

- Mamy około 3 tys. urzędników mianowanych - argumentuje poseł PiS Artur Górski. - Połowa zdała egzamin w ubiegłym roku, za rządów SLD! W tym czasie zostały obniżone wymagania co do znajomości języka obcego. Rząd jest teraz w bardzo trudnej sytuacji. Czy może realizować swoją politykę przez urzędników powiązanych z dzisiejszą opozycją?

Bo konkursy za długo trwają

Górski uważa, że wojewodowie i ministrowie powinni mieć większą swobodę w zatrudnianiu dyrektorów i ich zastępców. Proponuje, by nowi dyrektorzy nie musieli się legitymować statusem urzędnika mianowanego. Jego zdaniem wystarczy odpowiedni staż pracy w służbie cywilnej. Dodatkowy argument: konkursy długo trwają, urzędników mianowanych jest za mało, a do obsadzenia jest cała masa stanowisk p.o. dyrektorów, których, by ominąć procedurę konkursową, pozatrudniali ministrowie i wojewodowie jeszcze za rządów SLD.

Zarówno Górski, jak i Kuchciński są członkami Rady Służby Cywilnej, której zadaniem jest czuwanie nad prawidłowością konkursów na urzędnicze posady.

To nie troska o państwo

Przewodniczący Rady Służby Cywilnej w latach 1999-2005 Mirosław Stec propozycję PiS nazwał "powrotem do PRL-owskiego mianowania politycznego i zaprzeczeniem idei służby cywilnej". - To oczywiste, że kierują się własnym interesem politycznym, a nie troską o to, że mianowanych urzędników jest za mało - mówi Stec. - Liczba mianowanych urzędników jest wystarczająca - około 4 tys. Ci z PRL-u są już w mniejszości. Mamy doskonałych, dobrze wyszkolonych absolwentów Krajowej Szkoły Administracji Publicznej - około 700. To nie są ludzie PRL-u. A zresztą dlaczego mamy dyskredytować tych z PRL czy tych, którzy mianowania zdobyli za rządów SLD? Mianowania są apolityczne. Liczy się wynik testu, zdobyte punkty - albo ktoś zdobędzie wymagana liczbę, albo nie.

Transfer zaufanych z Warszawy

Pierwszy projekt PiS już złożył w Sejmie. Przygotował go rząd Marcinkiewicza. Nowelizacja przewiduje możliwość "przesunięcia" urzędników samorządowych do służby cywilnej, czyli np. do urzędu wojewódzkiego, departamentów ministerstw, kancelarii Sejmu czy kancelarii premiera. Zdaniem opozycji ta nowela powstała tylko po to, by zalegalizować transfer zaufanych urzędników Lecha Kaczyńskiego z warszawskiego magistratu do kancelarii prezydenta RP.

Historia upolityczniania służb cywilnych

Majstrowanie przy ustawie cywilnej nie jest czymś nowym. Awantury polityczne związane z jej "poprawianiem" wybuchają po każdych wyborach. W 2002 r. rząd Leszka Millera przeforsował w Sejmie "zawieszenie ustawy na dwa lata", tak by wyższych urzędników można było mianować bez konkursów. SLD tłumaczył wówczas, że liczba urzędników mianowanych jest wciąż za mała, więc nie ma z czego wybierać. Posłowie opozycji (w tym PiS i PO) zbojkotowali głosowanie w tej sprawie i wyszli z Sejmu, trzaskając drzwiami.

Gdy w lipcu ubiegłego roku Sejm przyjął przepisy o konkursach na szefów 34 instytucji centralnych, czyli tzw. ustawę Belki, ostro protestował PiS. Ludwik Dorn z PiS zapowiedział wówczas, że jeśli jego partia będzie współtworzyć rząd - jednym z jego pierwszych projektów będzie uchylenie tych przepisów.

Dla Gazety - prof. Marek Rocki, przewodniczący Rady Służby Cywilnej (senator PO)

Takie zmiany w ustawie to łamanie idei służby cywilnej, idei otwartego i jawnego naboru na dyrektorskie stanowiska. PiS chce otworzyć boczną furtkę, by wysokie stanowiska obsadzać z klucza politycznego. Tylko po co szukać bocznych wejść, lepiej od razu zmienić przepisy i zaznaczyć, że wysokie stanowiska nie są obsadzane przez ludzi z korpusu służby cywilnej, a z nominacji politycznej. Urzędników mianowanych jest mało, ale nie za mało. Nie ma nic przerażającego w tym, że są p.o. dyrektorów. Właśnie toczą się konkursy na wiele z tych stanowisk.