Zapisanie rodziny do przychodni to przestępstwo?

- Pan Bóg obdarzył rozumem ludzi. Dobrze jest z niego korzystać, stosując prawo - tak krakowski adwokat Jan Widacki podsumowuje zakończoną właśnie batalię w obronie ponad 50 mieszkańców gminy Tokarnia, oskarżonych o fałszerstwo

Ponad pół roku sądy rozpatrywały dziesiątki aktów oskarżenia myślenickiej prokuratury. Kończyły się tak samo: umorzeniem z powodu znikomej szkodliwości. Ostatni proces trwał do wtorku. Sąd odmówił ukarania pani Barbary z Krzczonowa za to, że podpisała się na deklaracji do przychodni za męża i dziecko.

Afera w gminie zaczęła się od miejscowej lekarki pierwszego kontaktu. Kobieta nie chciała pogodzić się z tym, że w sąsiedniej wiosce, Skomielna Czarna, wyrosła konkurencyjna przychodnia. Uznała, że fałszuje podpisy pacjentów, aby wyłudzić refundację z NFZ. Doniosła do prokuratury.

W śledztwie wyszło na jaw, że nie lekarki, lecz pacjenci podpisywali się jedni za drugich: żona za męża, matki za dzieci, itd. Prokurator postanowił przykładnie ukarać fałszerzy. Zastraszeni ludzie zaczęli przyznawać się do winy.

Po opisaniu tej historii w "Gazecie", opłacenie adwokata dla kilku wsi zaoferował anonimowo amerykański biznesmen mieszkający w Polsce. Ale pomoc finansowa okazała się niepotrzebna - bezpłatnej obrony podjął się mecenas Jan Widacki z Krakowa. - Sąd przyjął moją interpretację, że podpisanie się za krewnego to czyn o znikomej szkodliwości - mówi mecenas Widacki. Mimo korzystnych dla oskarżonych rozstrzygnięć, prokuratura zwlekała z umorzeniem pozostałych śledztw. Prokurator rejonowy w Myślenicach Jerzy Procner wciąż utrzymuje, że były podstawy do oskarżenia. - Zanim sprawą nie zainteresowały się media, ten sam sąd skazał siedem osób za fałszerstwo - przypomina. - Ale jestem racjonalistą, skoro zapadły umorzenia, to nie ma sensu kierować kolejnych aktów oskarżenia i mnożyć koszty - mówi prokurator Procner.

- Ludzie wreszcie odetchnęli z ulgą. Z pamięci nie wymaże się jednak wszystkich upokorzeń i łez - mówi Zofia Piaściak z Krzczonowa, gdzie oskarżono najwięcej mieszkańców.

Większość osób pierwszy raz w życiu musiała zeznawać w śledztwie. Policjanci w komisariacie pobierali od nich odciski palców i fotografowali. A przegrana w sądzie oznaczałaby wpis na kilka lat do rejestru skazanych.

- Nagłośnienie sprawy przyczyniło się do tego, że Trybunał Konstytucyjny zakwestionował przepisy, na podstawie których od mieszkańców gminy m.in. pobierano odciski palców. Taki absurd już nie jest możliwy, nie przy takich zarzutach - mówi Widacki.