Rosja wyrzuca organizacje pozarządowe

Rosja bije w organizacje pozarządowe. Najpierw prezydent Putin podpisał prawo umożliwiające ich usuwanie z Rosji, jeśli zajmują się polityką. A wczoraj z kaukaskiej Inguszetii przepędzono pracowników grup dobroczynnych z Niemiec i Wlk. Brytanii, które pomagały czeczeńskim uchodźcom

Złe wiadomości z rosyjskiego Kaukazu nadeszły zaledwie kilkanaście godzin po wspólnej konferencji prasowej Władimira Putina i niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, podczas której prezydent Rosji publicznie zapewniał, że troszczy się o los rosyjskiej demokracji i wspierających ją organizacji pozarządowych. - Putin był znów gołosłowny. Piękne deklaracje, a zarazem coraz smutniejsza rzeczywistość - mówią gorzko rosyjscy demokraci.

Inguski sąd w Nazraniu wydał wczoraj po błyskawicznej rozprawie zakaz działalności brytyjskiemu Ośrodkowi Pokoju i Rozwoju Społecznego (CPCD) oraz niemieckiej organizacji HELP, która jest współfinansowana przez ministerstwo gospodarki w Berlinie. Prokuratura przyznała ponadto, że prowadzi śledztwo przeciw amerykańskiej grupie Medical Corps, co znaczy, że jej działacze już niemal na pewno muszą pakować manatki.

Prezydent Rosji zapewne nie zdradził kanclerz Merkel, że podpisał już kontrowersyjną nową ustawę o organizacjach pozarządowych (prasa ujawniła to dopiero we wtorek), która pozwala delegalizować organizacje pozarządowe prowadzące działalność polityczną za zagraniczne pieniądze. - Zdaniem rosyjskich władz polityką jest wszystko, co dotyczy Czeczenii. Biurokraci mogą więc zinterpretować ustawę tak, aby wyprzeć z Kaukazu wszystkich zachodnich działaczy - mówi rosyjski obrońca prawa człowieka Władimir Srokin.

Czym zawiniły zachodnie organizacje? - Władze twierdzą, że nie mieliśmy wszystkich potrzebnych pozwoleń. To nieprawda. Nikt nas nawet o nie nie pytał - tłumaczył wczoraj Berthold Engelsman z organizacji HELP. Najwyraźniej sądowi wystarczyły zarzuty rosyjskiej bezpieki, która w ostatnich tygodniach dwukrotnie - i bez żadnych wyjaśnień - rekwirowała komputery i dokumenty kilku zachodnim grupom w Nazraniu. Pretekstem ich wypędzenia mogła się stać nawet krzywo przybita pieczątka czy też przedawniony meldunek któregoś z pracowników.

Zachodnie organizacje zajmują się w Inguszetii głównie czeczeńskimi uchodźcami, którzy napłynęli tam po wybuchu drugiej wojny czeczeńskiej w 1999 r. Emigrantów było tam początkowo blisko 200 tys., ale inguskie władze od kilkunastu miesięcy brutalnie zmuszały ich do powrotu do ogarniętego wojną kraju. Wedle szacunków Amnesty International w Inguszetii obecnie nadal mieszka ok. 50 tys. Czeczenów - połowa w zdelegalizowanych obozowiskach, a reszta jest rozsiana po miastach i górskich wsiach. W pozbawionych kanalizacji obozach panują fatalne warunki higieniczne, a międzynarodowe organizacje nadal wyręczają rosyjski rząd, rozdając uchodźcom koce, śpiwory, leki i racje żywnościowe. Dwie zakazane wczoraj pomagały zwłaszcza czeczeńskim dzieciom, którym m.in. organizowały wakacyjne wyjazdy do środkowej Rosji, aby mogły zobaczyć świat bez wojny.

- Ludzie z Zachodu są niewygodni dla władz na rosyjskim Kaukazie, bo oprócz udzielania pomocy opisują też gwałcenie praw człowieka - tłumaczyli niedawno działacze moskiewskiego biura Amnesty International.

Czeczeńscy uchodźcy w Inguszetii są porywani przez czeczeńskie służby bezpieczeństwa i bandy tolerowane przez władze w Groznym. Raport AI z jesieni 2005 r. opisywał wiele przykładów porwanych przez bezpiekę Czeczenów zmuszanych torturami do podpisywania fałszywych zeznań, które były potem podstawą dla drakońskich wyroków sądowych za "terroryzm". - To naturalne, że nie możemy pomagać materialnie Czeczenom i jednocześnie milczeć o tych zbrodniach - mówi "Gazecie" działaczka francuskiej organizacji pracującej w Inguszetii.

Próby odcięcia czeczeńskich uchodźców od zachodnich obserwatorów doprowadziły już do dwóch "ataków" rosyjskich urzędników na ośrodki British Council w Petersburgu i w Moskwie. Brytyjczycy planowali pomaganie uchodźcom czeczeńskim poprzez programy edukacyjne realizowane przez misje British Council na Kaukazie. Zapowiedź śledztw podatkowych przeciw Brytyjczykom (w 2004 i 2005 r.) była jednak wyraźnym sygnałem Rosjan, że nie chcą kolejnych cudzoziemców w Inguszetii i Czeczenii.

Taktyka Kremla każe wątpić w powodzenie programów pomocowych Unii Europejskiej dla Czeczenii, o których mówiła w poniedziałek w obecności Putina niemiecka kanclerz Angela Merkel.