Tarja Halonen - fenomen fińskiej polityki

Tarja Halonen była kiedyś szefową związku gejów i lesbijek, choć nigdy nie była lesbijką. Dziś mówi się o niej "matka narodu", a media piszą czasem pieszczotliwie "mama muminka". Wygląda na to, że ta pierwsza kobieta prezydent Finlandii pozostanie "pierwszą" przez kolejne sześć lat

Kiedy w grudniu zapytałem dwie znajome fińskie dziennikarki, kto wygra wybory prezydenckie, Susanna Andersson z agencji STT spojrzała na mnie tak, jakbym pytał o to, ile jest dwa razy dwa: - Wiadomo, że Tarja.

Kilka dni temu pięcioma milionami Finów wstrząsnęła wiadomość, że być może konieczna będzie druga tura (aby wygrać w pierwszej, trzeba zebrać więcej niż 50 proc. głosów). Nawet jeśli tak się stanie, to Halonen dość łatwo powinna rozprawić się 29 lutego z głównymi rywalami - obecnym premierem z Partii Centrum Matti Vanhanenem (18 proc. poparcia) i kandydatem konserwatystów Sauli Niinistö (21 proc. poparcia).

Halonen wali prosto z mostu

62-letnia, rudowłosa i korpulentna Halonen to fenomen polityczny. Choć w lutym 2000 roku wygrała prezydenturę przewagą ledwie 3 proc. głosów, to w ciągu kilku lat przekonała do siebie niemal cały naród. W 2003 roku aż 93 proc. Finów było zadowolonych ze swej prezydent. Takiego poparcia nie miał żaden z przywódców demokratycznego świata, a Finowie nie należą do bezkrytycznych narodów. Zasłużyła więc sobie na przydomek "Prezydenta wszystkich Finów", który przylgnął do niej w fińskich mediach. W 2004 roku jako jedyna żyjąca osoba trafiła do rankingu Finów wszech czasów.

A stając pierwszy raz w prezydenckie szranki w kampanii 1999 roku, była czwarta w sondażach i mało kto wróżył jej zwycięstwo. Fińscy socjaldemokraci postawili na nią tylko dlatego, że uchodziła za kobietę niezależną, "walącą prosto z mostu" i teoretycznie miała większe szanse niż uchodzący za pracowitego mruka premier Paavo Lipponen.

Dziś większość Finów podziela poglądy pani prezydent na globalizację z ludzką twarzą. Podoba im się, że broni jak lwica państwa opiekuńczego i fińskiego modelu polegającego na inwestowaniu w nowoczesne technologie i edukację.

Halonen wygrywa raczej jako osoba niż potencjał polityczny. Jest uparta, stanowcza i bezkompromisowa. Dba o swój wizerunek zwyczajnej kobiety, prezydenta dostępnego dla wszystkich, mocno stąpającego po ziemi i otwartego na ludzką krzywdę. Na prezydenckiej stronie internetowej można zobaczyć zdjęcia z oficjalnych podróży Halonen, ale też prywatne fotografie czworonogów, członków prezydenckiej rodziny: dwóch kotów Rontti i Miski oraz żółwia Miki.

Jeszcze w latach 70. i 80. mówiono o niej "czerwona Tarja" z racji jej wyniesionych z domu lewicowych poglądów. Urodziła się i dorastała w robotniczej dzielnicy Helsinek wychowywana przez samotną matkę. Podczas studiów prawniczych działała w lewicujących organizacjach studenckich, a następnie pracowała jako prawnik w związkach zawodowych. To tam zdobyła przydomek "czerwona Tarja".

W drodze do prezydentury sprawowała różne funkcje w trzech rządach - była ministrem spraw społecznych i zdrowia, ministrem sprawiedliwości i szefową dyplomacji.

Zagraniczna trampolina

W czasie ostatniego półrocza poprzedniej kampanii wyborczej stała się twarzą fińskiej polityki zagranicznej. Finlandia sprawowała wówczas swe pierwsze przewodnictwo w Unii, a Halonen kursowała między Helsinkami, Brukselą a wieloma europejskimi stolicami. Radziła sobie świetnie i z negocjacjami rozszerzeniowymi, i z unijną kłótnią o Turcję - wówczas niemającą jeszcze statusu kandydata do UE. W rezultacie na szczycie w Helsinkach w grudniu 1999 r. Unia podjęła dwie istotne decyzje: zlikwidowała podział na dwie fale rozszerzenia (Bułgaria, Rumunia, Słowacja, Litwa, Łotwa i Malta, które miały wejść do UE w drugiej kolejności, rozpoczęły negocjacje) i nadała Turcji status kandydata, otwierając jej drogę do Unii.

Złośliwi mówią, że Halonen wykorzystała stanowisko szefa MSZ jako trampolinę do prezydentury. Nawet jeśli tak było, to jest to fenomen. W żadnym innym kraju Europy zaangażowanie w sprawy unijne nie pomogło politykom w krajowej karierze. Raczej odwrotnie.

Poza tym na swej trampolinie Tarja Halonen nie od razu czuła się pewnie. Podejmując w 1995 roku misję ministra, nie miała łatwego życia. Stara gwardia MSZ po prostu jej nie dowierzała - bała się jej zbyt lewicowych i skrajnie pacyfistycznych poglądów. Na dzień dobry jeden z wiceministrów odmówił z nią współpracy, nie przekazując jej poufnego raportu o polityce bezpieczeństwa. Halonen dostała ten dokument dopiero po osobistej interwencji premiera Lipponena.

Dziś sprawa bezpieczeństwa narodowego była jednym z najgorętszych tematów kampanii wyborczej. Parlament spiera się, kto ma decydować o udziale fińskich wojsk w misjach pokojowych pod egidą UE - premier czy prezydent. Halonen nie ma jasnego stanowiska.

Podobnie kluczy w sprawie dyskutowanego właśnie wejścia neutralnej Finlandii do NATO. W swej autobiografii pisze, że "kiedyś nadejdzie na to czas". Jej kontrkandydaci mają jaśniejsze poglądy w tej kwestii: Sauli Niinistö mówi, że sprawę trzeba rozstrzygnąć w ciągu najbliższych sześciu lat. Premier Matti Vanhanenem uważa, że z członkostwem w NATO trzeba poczekać. Z kolei Henrik Lax, kandydat partii szwedzkiej mniejszości, mówi, że trzeba wchodzić, gdyż tylko tak zostanie zniwelowany "deficyt" fińskiego bezpieczeństwa. Podobnego zdania jest wielu wojskowych i ekspertów, ale większość Finów nie chce Sojuszu.

Pogodzona z Rosją, skłócona z kościołem

Finom nie przeszkadzają niesprecyzowane poglądy Halonen na kwestię członkostwa w NATO. Nie zaszkodziła jej nawet zbytnia pobłażliwość wobec dryfujących w kierunku autorytaryzmu władz Rosji. W maju ub.r. pojechała na obchody 60. rocznicy zakończenia wojny do Moskwy, za co była krytykowana przez opozycję. Finlandia została napadnięta w 1939 r. przez ZSRR, a potem znów walczyła z Rosjanami u boku Niemców; Rosja wciąż traktowana jest tam z nieufnością. Tymczasem Halonen za jeden ze swych większych sukcesów w czasie pierwszej prezydentury uważa właśnie zbliżenie z Rosją.

Finom nie przeszkadza też to, że długo była samotną matką wychowującą dziecko w czasach, kiedy wymagało to publicznej odwagi. Swego życiowego partnera, z którym przeżyła 15 lat, poślubiła dopiero po wyborze na prezydenta. Złośliwi mówią, że po to, by nie było kłopotów z protokołem dyplomatycznym. Prowadząc kampanię jako konkubina, ryzykowała krytykę ze strony państwowego w Finlandii kościoła luterańskiego, do którego należy ponad 80 proc. Finów.

Sama jednak kościoła się nie bała. Z luteranami Halonen zerwała jeszcze w latach 70. W proteście przeciw negatywnemu stanowisku władz kościelnych w sprawie kapłaństwa kobiet i opodatkowania wiernych wystąpiła z kościoła luterańskiego. Dała się poznać jako obrończyni praw różnych mniejszości. W latach 80. była przewodniczącą fińskiego stowarzyszenia gejów i lesbijek. Tak bardzo zaangażowała się w obronę mniejszości seksualnych, że kilka lat temu jeden z nacjonalistycznych deputowanych nazwał ją w wywiadzie radiowym lesbijką, za co musiał potem publicznie przeprosić.

Zdaniem ekspertów, jeśli Halonen zostanie wybrana ponownie, stanie się wielką marką w świecie polityki. Choć fińską politykę gospodarczą kształtuje rząd z premierem, prezydent reprezentuje kraj zagranicą i ma wpływ na politykę zagraniczną. Z osobą cieszącą się takim autorytetem liczyć się musi każdy premier, więc Halonen może mieć dużo większy wpływ na kraj, niż daje jej konstytucja.

Na razie w drodze do sukcesu nie przeszkadza jej ani okropny uśmiech, ani fatalna wymowa angielskiego, ani też brak kobiecej elegancji. Kiedy po wyborczym zwycięstwie sześć lat temu w czasie swej pierwszej swej zagranicznej podróży wynurzyła się z hali odpraw lotniska w Sztokholmie w prostej sukience, perłowym naszyjniku i z wielką torbą podróżną w ręku, szwedzcy dziennikarze ochrzcili ją mianem "mamy muminka" (to określenie przylgnęło do niej później, choć bez pejoratywnych konotacji). Pani prezydent odpowiedziała z prostotą: "Kobieta musi mieć dużą torbę, by zmieściły się jej wszystkie rzeczy, których potrzebuje".

Dobre stopnie Finów

Kiedy prezydent Halonen przemówiła do narodu z okazji Nowego Roku 2006, pochwaliła najpierw dzieci, że ucząc się pilnie, zasłużyły na zimowe wakacje. Zaraz potem dodała nieskromnie, że "Finowie jako naród też dostali dobre stopnie". To właśnie świetny stan gospodarki jest, poza osobowością, jednym z jej największych atutów. Z imponującym PKB na głowę mieszkańca 36 550 euro Finlandia jest jednym z najbogatszych krajów świata.

Dziś Finowie mogą przy kominkach opowiadać dzieciom o kryzysie lat 90. Wówczas to na skutek rozpadu ZSRR Finlandia utraciła główny rynek zbytu, a bezrobocie wrosło do 18 proc. Wydawało się, że długo nie wyjdzie z dołka. Wyszła dzięki udanej restrukturyzacji (za przyzwoleniem związków zawodowych z pracujących kiedyś na rynek sowiecki sektorów odchodziło co roku 10 tys. osób). Po przejściu z tradycyjnych przemysłów do nowoczesnych technologii i usług fińska gospodarka stała się w ciągu 20 lat wzorem dla świata i Europy. Obecnie kilka lat z rzędu zajmuje pierwsze miejsce w ogólnoświatowym rankingu konkurencyjności Światowego Forum Gospodarczego.

Inne kraje strefy euro patrzą z zazdrością na udany mariaż państwa opiekuńczego z dynamicznym jak na "starą Unię" wzrostem gospodarczym, który przekracza 3 proc. Głównymi czynnikami wzrostu jest rosnąca konsumpcja prywatna. Bezrobocie jest wciąż spore (8,2 proc. w 2005), ale w 2006 roku ma spaść do 7,5 proc. Finlandia nie boi się globalizacji, lecz z niej korzysta, a koniem, który ciągnie fińską giełdę i gospodarkę, jest producent telefonów Nokia. Koncern zatrudniający 55 tys. osób w 120 krajach świata ma ambitne plany. Dziś co trzeci telefon sprzedawany na świecie to Nokia - do 2015 ma to być co drugi.

Dwa lata temu w jednym z wywiadów szef fińskiej dyplomacji Erkki Tuomioja pytał retorycznie: "Czy to możliwe, że hojne państwa opiekuńcze, nakładające wysokie podatki, mające silne związki zawodowe i nierozstające się ze staromodnymi wartościami socjaldemokratycznymi, osiągnęły swój sukces dlatego, że są państwami opiekuńczymi?". Jego zdaniem sukces można przypisać czterem czynnikom: wiedzy i edukacji, przedsiębiorczości, współpracy i solidarności, skandynawskiemu modelowi państwa opiekuńczego.

Taką politykę firmuje też od sześciu lat prezydent Halonen. I dlatego dożyje emerytury na prezydenckim stołku.