Amerykanie zgadzają się na podsłuch

Dwie trzecie Amerykanów godzi się na naruszanie swoich wolności obywatelskich przez rząd, jeśli pomoże to w walce z terrorystami - wynika z najnowszego sondażu Washington Post/ABC

Na pytanie: "Co według ciebie powinno być dziś ważniejsze dla rządu federalnego: badanie potencjalnych zagrożeń terrorystycznych, nawet jeśli oznacza to naruszenie wolności osobistych, czy pełne poszanowanie wolności osobistych, nawet jeśli oznacza to zmniejszenie skuteczności badania zagrożeń terrorystycznych?", aż 65 proc. respondentów opowiedziało się za naruszaniem wolności osobistych. 32 proc. zaś za pełnym ich poszanowaniem, nawet kosztem mniejszej skuteczności w walce z terrorystami.

Taki wynik sondażu nie był niczym zaskakującym w Ameryce epoki po 11 września 2001 r. W 2002 r. na pytanie o zgodę na naruszanie wolności obywatelskich twierdząco odpowiadało 73-79 proc. Amerykanów. Jednak w ostatnich miesiącach, w miarę jak szok po zamachach słabnie i zmniejsza się poczucie zagrożenia terroryzmem, organizacje broniące praw obywatelskich podejmują coraz głośniejsze protesty przeciw nadużyciom uprawnień przez rząd i służby specjalne. Do protestów coraz śmielej przyłącza się też opozycyjna Partia Demokratyczna.

Sondaż przeprowadzono w momencie, gdy w Ameryce toczy się wielka debata na temat właściwej równowagi między ochroną praw obywatelskich a agresywnym ściganiem podejrzanych o terroryzm.

Administracja Busha musi się tłumaczyć z ujawnionego w grudniu przez "New York Times" podsłuchiwania rozmów telefonicznych Amerykanów z podejrzanymi terrorystami prowadzonego bez nakazów sądowych.

W grudniu w Kongresie administracji nie udało się przeprowadzić odnowienia najbardziej kontrowersyjnych zapisów w ustawie antyterrorystycznej tzw. Patriot Act rozszerzającej znacznie uprawnienia FBI. Termin ich odnowienia przedłużono tylko do końca stycznia. W Senacie odbędzie się zapewne kolejna długa polityczna bitwa na ten temat.

Taki wynik sondaży może znacznie osłabić zapał walczących z ustawą Demokratów, a przynajmniej przeciągnąć na stronę Republikanów kilku senatorów niezdecydowanych. W grudniu do przedłużenia ustawy o cztery lata zabrakło sześciu głosów.

W sondażu zadano też konkretne pytanie o sprawę podsłuchów telefonicznych bez nakazów sądowych. 51 proc. Amerykanów. stwierdziło, że akceptuje takie działania, a 47 proc., że nie. Być może właśnie ten sondaż sprawił, że w środę prezydent Bush po raz pierwszy otwarcie zachęcił Kongres do przeprowadzenia dochodzenia w sprawie prowadzonych przez Narodową Agencję Bezpieczeństwa NSA podsłuchów.

- Rozumiem zaniepokojenie niektórych tym, że rząd podsłuchuje obywateli. Sam byłbym zaniepokojony - mówił Bush podczas wiecu w Kentucky. - To naprawdę nie była łatwa decyzja, by znaleźć równowagę między prawami obywatelskimi a potrzebą poznania - w bardzo ograniczonym zakresie - planów naszych wrogów. Na ten temat będzie wiele przesłuchań i debat. I to dobrze dla demokracji. Pod warunkiem że przesłuchania te, badające, czy miałem uprawnienia do takich decyzji, czy nie, nie zdradzą wrogom naszych metod działania.

Do tej pory Bush sprzeciwiał się dochodzeniom Kongresu w tej sprawie, które rozpoczną się na przełomie stycznia i lutego. Komentatorzy tłumaczą teraz, że doradcy Busha uznali, iż dochodzenie pozwoli, by argumenty administracji, która wszystko tłumaczy potrzebą agresywnych działań przeciw terrorystom, by zapobiec kolejnym atakom w USA, trafiły do opinii publicznej.

Bush mógł być zachęcony także odpowiedziami na inne pytanie sondażu "Washington Post": czy rząd dba o prawa obywatelskie - w odpowiednim stopniu - tak odpowiedziało 48 proc., za mało - 42 proc.

Sondaż pokazał również, jak głębokie są podziały partyjne wśród Amerykanów. Działania Busha w sprawie podsłuchów poparło aż 75 proc. wyborców głosujących na Republikanów. A sprzeciwiło się im 61 proc. wyborców Demokratów.

Podsłuchiwanie obywteli bez nakazu sądowego to łamanie prawa