Czy Bonn jest półstolicą Niemiec

Jaki status ma mieć Bonn, dawna stolica zachodnich Niemiec, i kiedy wreszcie Niemcy zapiszą w konstytucji, że ich stolicą jest Berlin? O to właśnie toczy się spór Westfalii, gdzie leży Bonn, z berlińczykami

W 1949 r. Konrad Adenauer, pierwszy powojenny kanclerz, postanowił, że to właśnie Bonn zostanie stolicą zachodnich Niemiec. Kameralne nadreńskie miasto w ciągu kilkunastu lat przerodziło się w urzędniczą metropolię. Ale gdy w pół wieku później, po zjednoczeniu Niemiec, stolica miała wrócić do Berlina, obawiano się, że opuszczone przez tabuny urzędników i ich rodziny Bonn podupadnie. I poszukano kompromisu.

W 1999 r. kanclerz, część ministrów oraz deputowani przenieśli się do nowej dzielnicy rządowej w Berlinie, ale Bonn nie zniknęło z politycznej mapy kraju. W Bundesstadt Bonn, czyli mieście federalnym Bonn, swoje główne siedziby zachowało sześć federalnych ministerstw, a reszta resortów ma przedstawicielstwa. Odtąd urzędnicy rządowi kursują między jednym miastem a drugim, a do urzędów federalnych zarówno nad Szprewą, jak i nad Renem dzwoni się, wykręcając ten sam numer kierunkowy.

Ale nie wszyscy w Niemczech, a zwłaszcza w Berlinie, są zadowoleni. Tym bardziej że Westfalczycy chcą ugruntować pozycję Bonn. Podczas trwającej debaty nad reformą ustroju federalnego (chodzi o bardziej efektywny rozdział kompetencji rządu federalnego i landów) westfalskie lobby chce m.in., by ministerstwa, które mają siedziby nad Renem, przypisać Bonn na stałe w konstytucji. Wówczas zgodzą się, by zgodnie z oczekiwaniami Berlina do konstytucji dopisać akapit, że właśnie to miasto jest stolicą (bo na razie o stolicy nie ma w konstytucji słowa).

Zgadza się na to wpływowy berliński burmistrz Klaus Wowereit (SPD), bo uważa, że nowy zapis w konstytucji skieruje do Berlina strumień pieniędzy. Ale inni berlińscy politycy są wściekli.

- Rozwój Berlina jest ważniejszy niż klauzule w konstytucji, które nic nie przyniosą - oburza się Franziska Eichstädt-Bohlig z Zielonych. Jej zdaniem trzeba przenieść ministerstwa z Bonn do Berlina i skończyć z "wahadłowym rządzeniem" (czyli nieustannymi podróżami urzędników na linii Bonn - Berlin).

Podobnie myślą politycy liberalnej FDP, którzy liczą pieniądze wydawane na podróże urzędników - miesięcznie budżet federalny wydaje na ten cel aż milion euro, bo wysocy rangą politycy nie korzystają z pociągów, tylko z samolotów.

Lansowany przez Westfalczyków zapis nie podoba się nawet politykom CDU, dla których Bonn, miasto związane z chadekiem Adenauerem, to miejsce szczególne. - Nie można zapisywać w konstytucji dodatkowej połowy stolicy - argumentuje chadecki konstytucjonalista Rupert Scholtz.

W całym sporze chodzi o prestiż i pieniądze. Gdy dziesięć lat temu postanowiono o przeprowadzce rządu do Berlina, uruchomiono programy pomocowe dla Bonn, dzięki którym miasto miało się bezboleśnie przestawić z funkcji administracyjnych na biznesowe. Ten plan w pełni się powiódł. W dawnych rządowych biurach dziś urzędują wielkie koncerny, miasto rozkwita. Natomiast Berlin mimo gigantycznych nakładów wciąż nie uporał się ze skutkami zjednoczenia, a po kilkuletniej euforii wielcy inwestorzy zaczynają się z niego wycofywać.

Jak skończy się spór? Raczej wszystko pozostanie po staremu, bo przeprowadzka reszty urzędników nad Szprewę kosztowałaby 5 mld euro. A na to Niemców dziś nie stać.