1000 chorych dzieci zostanie bez pomocy

Dla Jolanty Śmiałek, mamy trzyletniego Patryka, klinika rehabilitacji w Centrum Zdrowia Dziecka stało się drugim domem. Za sześć dni klinika ma przestać przyjmować pacjentów. Co najmniej kilkaset ciężko chorych dzieci zostanie wtedy bez pomocy.

- To brzmi jak szantaż, ale my naprawdę nie mamy pieniędzy, by utrzymać klinikę, która coraz bardziej się zadłuża - mówi szef rehabilitacji w Centrum Jan Ciszecki. Klinika dostała 5 milionów z 10, które potrzebne jest jej na leczenie, diagnozowanie i rehabilitację chorych dzieci z całej Polski. Jeśli nie dogada się w tym tygodniu z Narodowym Funduszem Zdrowia, w poniedziałek zamknie swój oddział. A to oznacza, że ok. 1 000 małych pacjentów (tyle rocznie trafia na turnusy rehabilitacyjne) i ich rodzice mogą zostać bez pomocy.

Centrum Zdrowia Dziecka to sztandarowy polski szpital dziecięcy. Trafiają tu dzieci w bardzo ciężkim stanie: po leczeniu nowotworów, przeszczepach, z wrodzoną łamliwością kości, padaczką. Podczas rehabilitacji uczą się podstawowych czynności życiowych: jak oddychać, przełknąć łyk wody, wymówić słowo, zrobić krok. Specjaliści pracują też z rodzicami, którzy kontynuują rehabilitację w domu.

Małgorzata Sosińska z Niepokalanowa, mama 9-letniego Kamila: - Centrum dla wielu rodziców jest ostatnia deską ratunku. Syn w styczniu ubiegłego roku przeszło operację wycięcia guza mózgu. Nie mógł chodzić, mówić, miał sparaliżowaną twarz. Przed chorobą był wesołym chłopcem, jeździł na rowerze, grał na skrzypcach. Załamałam się. Ale po 4 tygodniach rehabilitacji Kamil przeszedł chwiejnym krokiem szpitalny korytarz. Od operacji w Centrum spędził w sumie 11 tygodni. Znów jeździ na rowerze, pływa, wrócił do szkoły.

Fundusz płaci z roku na rok coraz mniej za rehabilitację chorych dzieci (trzy lata temu stawka wynosiła ok. 200 zł, teraz o połowę mniej) w dodatku wymyśla też absurdalne przepisy - jeśli dziecko jest rehabilitowane na oddziale nie można go jednocześnie leczyć i diagnozować.

Jan Ciszecki: - Trafiają do nas dzieci, którym nie wiadomo co jest. Podam przykład 11 letniej dziewczynka z przepuklinę rdzeniowo-oponową, częściowo sparaliżowana, która jeździ na wózku. Teoretycznie powinniśmy ją najpierw wysłać na oddział urologiczny. Potem wypisać i odesłać do domu. Po tygodniu przyjąć na neurologię, znów wysłać do domu, aż w końcu przyjąć na rehabilitację. Takiego scenariusza nikt dzieciom z drugiego końca kraju nie zafunduje. Leczymy ją więc na kredyt.

Funduszu przyznaje, że klinika dostaje za mało pieniędzy, ale na razie nie ma pieniędzy, by podwyższyć jej kontrakt. - Nie wiem jeszcze ile będzie nas kosztować podwyżka wywalczona przez Porozumienie Zielonogórskie. Myślę, że w czwartek po spotkani z lekarzami wszystko będzie jasne. Być może jakieś pieniądze się znajdą - mówił wczoraj dyrektor mazowieckiego oddziału NFZ.

Szpital zapowiada, że zamknie tylko oddział łóżkowy, rehabilitacja dzienna dla dzieci z Warszawy i okolic będzie działać.