PiS rządzi nami, PiS-em Opus Dei?

Jest w Polsce ktoś, kto prócz braci Kaczyńskich służy premierowi oraz jego ministrom radą i wspiera ich duchowo. To Opus Dei

Owiana tajemnicą organizacja katolicka Opus Dei ma w Polsce dwóch ministrów, u trzeciego doradza w gabinecie politycznym, a samego premiera namówiła, by reformował Polskę jak PGR w Pietraszach

Środa. W telewizji relacje z obiadu minister finansów Teresy Lubińskiej z biznesmenami branży motoryzacyjnej. Po jednej stronie Lubińskiej siedzi wiceminister Jarosław Neneman (tego dnia go zdymisjonowano). Po drugiej mało znany Meksykanin.

To Alberto Lozano Platonoff. Ma 37 lat i jest etatowym doradcą w gabinecie politycznym pani minister.

Do Polski Lozano trafił dziesięć lat temu jako emisariusz Opus Dei (łac. Dzieło Boże). Budował u nas struktury tej organizacji Kościoła katolickiego. Na świecie Opus Dei ma 85 tys. członków, uniwersytety, szpitale, centra sportowe. Należą do niej naukowcy, biznesmeni, nawet politycy - w prawicowym rządzie José Marii Aznara w Hiszpanii do związków z Opus Dei przyznawało się sześciu ministrów i żona samego Aznara.

Ogrom wpływów Opus Dei i atmosfera tajemniczości od lat ściąga na organizację podejrzenia, że to nikt inny, lecz Opus Dei rządzi światem. Spiskowe teorie propagują pisarze i filmowcy. Głośna powieść sensacyjna "Kod Leonarda da Vinci" pokazuje członków Opus Dei jako tajnych agentów Watykanu, którzy mordują wrogów Kościoła.

Lozano nie wygląda jednak jak mnich skrytobójca. Raczej jak ksiądz w cywilu, łagodny, grzeczny. Jak ktoś, komu można zaufać.

- Dlaczego trafił Pan akurat do Polski? - pytam doradcę minister Lubińskiej.

- Mówili, że są potrzebni tutaj ludzie, więc przyjechałem.

- Potrzebni do ewangelizacji? - uściślam.

- Tak.

Co podsuwa rządowi Opus Dei

Rozmawiamy w pracowni dr. Lozano na Uniwersytecie Szczecińskim. Proste nowe biurka, laptop. Na drzwiach plakat jeszcze z października z konferencji naukowej poświęconej Janowi Pawłowi II. Jednym z patronów było Opus Dei. A prelegentem - prof. Jan Lubiński, słynny polski generyk, mąż minister finansów. Lozano poznał na Uniwersytecie też samą panią minister, która tu wykładała. U Lubińskiej doktorat pisał m.in. premier Kazimierz Marcinkiewicz.

Lozano po polsku mówi płynnie, ale z akcentem, czasem niewyraźnie i w chaosie stylistycznym.

- Pochwalił się pan kilka dni temu w "Kurierze Szczecińskim" - zaczynam rozmowę z Lozano - że to właśnie pan podpowiedział minister Lubińskiej, żeby walczyła z hipermarketami, zamieniła akcyzę na importowane samochody podatkiem ekologicznym i wprowadziła becikowe.

- Nie, ja nie mogę sobie tego autorstwa przypisać. Myśmy długo rozmawiali z "Kurierem" na różne tematy i wyszła pomyłka. To jest autorstwo pani prof. Teresy Lubińskiej, natomiast ja się z tymi rozwiązaniami zgadzam.

- To jakie pomysły podsunął pan minister Lubińskiej? - dopytuję.

- Chcemy przede wszystkim wspierać normalny rozwój poszczególnych przeciętnych obywateli. To znaczy uprościć system rozliczeń podatkowych oraz ujednolicić wykładnię systemu podatkowego, żeby było mniej miejsca na interpretacje. Ale ja - podkreśla Lozano - nie czuję się jedynym ich autorem, nad tym pracuje nasz cały zespół doradczy w gabinecie pani minister.

- A premierowi? Co pan jemu podsunął?

- Z panem premierem bardzo dużo rozmawialiśmy. I bardzo dużo posunęło się do przodu. Myślę, że będziemy wdrażać w kraju to, co zrobiliśmy w popegeerowskiej wsi Pietrasze, gdzie wymyśliliśmy program skutecznej walki z bezrobociem. I kiedy przedstawiliśmy premierowi nasz pomysł, to się okazało, że ma podobny tok myślenia - ożywia się Lozano. - Polska ma ogromny potencjał - powtarza.

Mamy z premierem te same poglądy w wierze

Lozano nie reaguje na częste dzwonki jednej z dwóch komórek. Do gabinetu zaglądają często studenci (już czas na konsultacje) - ale doktor tylko macha ręką na pozdrowienie, rozmowy nie przerywa.

Meksykanin całe życie poświęcił Opus Dei. Ślubował celibat, oddaje mu całe swoje dochody, mieszka w szczecińskim ośrodku dzieła. Meksykanin jest wysoko w hierarchii organizacji - jest jednym z kilkudziesięciu w kraju numerariuszy, członków w całości oddanych Opus Dei. Chętnie i z uśmiechem odpowiada na wszystkie, nawet osobiste, pytania.

- Skoro nie jest pan zakonnikiem, to czemu ślubował Pan celibat?

- By być dyspozycyjnym, żebym mógł prowadził dzieło formacyjne popołudniami, w święta.

- Czy numerariusz Opus Dei mówi premierowi i ministrom, co mają robić, jak myśleć?

Lozano przeczy: - Ja jestem w rządzie jako Albert Lozano i Opus Dei nie ma tu nic do rzeczy. Opus Dei mówi: sprawy zawodowe to sprawy osobiste, a odpowiedzialność zawodowa to odpowiedzialność osobista.

- A czy minister Lubińska jest członkiem Opus Dei? - dopytuję.

- Członkiem nie jest, ale jest sympatykiem Opus Dei, poznała literaturę, nauczycieli...

- A jej mąż? Prof. Lubiński uczestniczył miesiąc temu w rekolekcjach Opus Dei i wykłada na jej spotkaniach. Czy jest bliższy organizacji?

- Janusz to mój przyjaciel - odpowiada Lozano. - Jak to z przyjaciółmi często robimy różne wspólne rzeczy. Powiem tak: członków Opus Dei jest ok. 90 tysięcy, a ludzi uczestniczących w działaniach formacji kilka albo nawet kilkanaście milionów.

- Premier też?

- Powiem tak: kiedy jestem u pana premiera czy u Marka Jurka [marszałka Sejmu - red.], to jest klimat zaufania. Różnimy się? To bardzo dobrze, wtedy dyskutujemy merytorycznie. Ale jest klimat zaufania. My mamy te same poglądy w wierze.

Tygodnik "Wprost" do członków Opus Dei dorzuca jeszcze ministra transportu i budownictwa Jerzego Polaczka a do sympatyków ministra kultury Kazimierza Ujazdowskiego. I z tuzin posłów PiS i LPR.

Kraków - Szczecin - Warszawa - Bruksela

Alberto Lozano długo budował swoją pozycję w Polsce. Przez pierwsze trzy lata działał w Krakowie: zrobił tam doktorat z zarządzania na AGH. Potem Opus Dei przerzuciła go do Szczecina. Kieruje ośrodkiem akademickim Rejs założonym przez kościelną organizację.

Lozano zawiązał na Uniwersytecie zespół naukowców Integracja. W 2002 r. pod auspicjami prof. Teresy Lubińskiej opracował plan ratowania Stoczni Szczecińskiej - stworzyć zdywersyfikowany koncern na bazie wielomilionowych kredytów, za które mieli poręczyć m.in. rząd i miasto. Stoczni pomysł się nie podobał, naukowcy nie zyskali też zaufania samych stoczniowców.

Integracja zaczęła więc sprowadzać z Hiszpanii dary dla ubogich. Do Polski ściągali też wolontariuszy, dawali im pomalować np. oddział dziecięcy w szpitalu. Pisali strategie dla szczecińskiego biznesu i projekty. Np. jak wyratować z bezrobocia wieś Pietrasze - sprzedać tanio dawny PGR jednemu z mieszkańców, a on później zatrudni w nim sąsiadów. - Strategia miała piękne założenia, ale nic z niej nie wyszło, bo nie przystawała do rzeczywistości. Mieszkańca nie było stać, żeby stanąć do przetargu, a przepisy nie pozwalały sprzedać gospodarstwa po niższej cenie - mówi Maria Glinka, sekretarz gminy Świętajno, do której należą Pietrasze.