Dziś Irak wybierze parlament

Irak wybiera w czwartek parlament. Podobnie jak w styczniu faworytami są prześladowani za Saddama szyici

W przeddzień wyborów w centrum Bagdadu widać było tylko tysiące irackich policjantów i żołnierzy, którzy zabezpieczają wybory. Od wtorkowej nocy obowiązuje trzydniowy zakaz ruchu prywatnych samochodów, a sklepy, restauracje i urzędy są pozamykane. Ludzie siedzieli w domach i czekali na czwartkowe głosowanie.

Tylko w Mieście Sadra, szyickich slumsach stolicy, setki demonstrantów wyszły na ulicę, żeby zaprotestować przeciw katarskiej telewizji al Dżazira. Jeden z uczestników nadawanej tam dyskusji o wyborach miał obrazić ajatollaha Alego as Sistaniego, duchowego przewodnika irackich szyitów. Podobno stwierdził, że as Sistani powinien się trzymać z dala od polityki.

Sędziwy ajatollah, choć od lat nie wychodzi ze mieszkania w Nadżafie, rzeczywiście jest główną siłą w wyborach. Nikogo oficjalnie nie poparł. Wystarczyło jednak, że w niedzielę wydał fatwę - czyli religijny dekret - w którym uznał głosowanie za obowiązek każdego pobożnego szyity.

Oznacza to, że szyici znów tłumnie pójdą do urn - podczas styczniowych wyborów do tymczasowego parlamentu frekwencja na szyickim południu wyniosła 80-90 proc. Najczęściej będą głosować na sojusz partii religijnych, który z nieformalnym poparciem as Sistaniego zdobył w styczniu połowę głosów w całym kraju.

Z tego sojuszu pochodzi obecny premier Ibrahim al Dżafari. Niedzielna fatwa jedynie subtelnie daje do zrozumienia, kogo poprzeć: "Głosujcie na tych, którzy będą bronić wartości i waszych interesów i pamiętajcie, żeby nie rozdrabniać głosów".

Ale zwycięstwo pobożnych szyitów nie będzie tym razem tak wyraźne. Do urn pójdą bowiem sunnici stanowiący 20 proc. Irakijczyków, którzy w styczniu wybory zbojkotowali. Dziś chcą sobie powetować 11 miesięcy spędzonych poza parlamentem, w ciągu których szyici i Kurdowie zatwierdzili konstytucję i decydowali o losach kraju. To ostatni dzwonek, bo w czwartek wybierany jest parlament aż na cztery lata.

Idący na głosowanie sunnici nie muszą się tak bardzo obawiać rebeliantów, którzy operują głównie na zamieszkanych przez nich terenach. Część oddziałów zapowiedziała, że nie będzie atakować wyborców, bo sunnici nie mogą znów pozostać na marginesie polityki.

Jest więc niemal pewne, że głosowanie będzie wyjątkowo spokojne. Nawet w styczniu, kiedy rebelianci zapowiadali utopienie wyborów we krwi, dzięki wyjątkowym środkom bezpieczeństwa głosowanie było spokojne. Teraz jest podobnie - od kilku tygodni do Iraku nie mają wstępu Arabowie (spośród których wywodzi się duża część członków irackiej al Kaidy), od wtorku granice zamknięto całkowicie, a pięciokilometrowy pas granicy z Syrią został ogłoszony strefą zakazaną. Patrolują go wspólnie Amerykanie i Irakijczycy.

Sunnici w przeciwieństwie do szyitów nie mają formalnej hierarchii duchowieństwa, dlatego brak im autorytetów formatu as Sistaniego. Ale oni również mają od poniedziałku swoją fatwę, w dodatku podpisaną przez tysiąc sunnickich duchownych ulemów. Także oni pouczają wiernych, że głosowanie jest ich obowiązkiem.

Po swoje 20 proc. pójdą do wyborów iraccy Kurdowie (w styczniu, przy bojkocie sunnitów, zdobyli 25 proc.). Mają poglądy zdecydowanie świeckie i w rządzie Dżafariego byli przeciwwagą dla partii religijnych. Z kolei głosy świeckich Arabów zgarnie zapewne blok byłego premiera Ijada Alawiego, który konsekwentnie buduje wizerunek silnego człowieka. Alawai zapowiada rozprawę z fanatycznymi rebeliantami i porozumienie z bardziej umiarkowanymi członkami zdelegalizowanej reżimowej partii Baas.

Alawi twierdzi, że już prowadzi negocjacje z niektórymi grupami zbrojnymi. Odróżnia się tym od niezłomnie pryncypialnego premiera Dżafariego, który i baasistów, i rebeliantów chce wyłapać i osądzić. Tydzień przed wyborami rząd domagał się od komisji wyborczej wykluczenia setki kandydatów, którzy niegdyś byli prominentnymi urzędnikami reżimu Saddama. Prośba została odrzucona.

Na blok szyity Alawiego zagłosuje zapewne część sunnitów. To efekt sporu o Brygady Badr, największe szyickie bojówki religijne, które często przejmują obowiązki policji. Sunnici uważają, że badryści - za Saddama szkoleni i finansowani przez Iran - są odpowiedzialni za skrytobójcze mordy, porwania i torturowanie sunnitów.

Ich zdaniem działalność Brygad toleruje lub wręcz wspiera szef MSW, który w przeszłości sam był dowódcą Brygad. Kilka tygodni temu w bagdadzkim budynku MSW Amerykanie odkryli 170 wygłodniałych i torturowanych sunnitów podejrzanych o udział w ruchu oporu. Alawi potępił te praktyki.

W sprawie tortur rząd wszczął śledztwo, ale premier Dżafari nie widzi powodów do niepokoju. - Nie ma żadnych samowolnych milicji. Są milicje, które zgodziły się działać pod kontrolą państwa. A nadużycia należą do rzadkości i będą eliminowane - mówił.