Pięciolatki nie pójdą do przedszkola

Rząd wycofuje się z pochopnie złożonej obietnicy, że w 2006, a najpóźniej w 2007 r. wszystkie pięciolatki pójdą do przedszkola. Na razie nie ma na to pieniędzy, w dodatku na wsiach polikwidowano przedszkola i trudno będzie je w kilka miesięcy przywrócić

O obowiązkowym wychowaniu przedszkolnym dla pięciolatków Prawo i Sprawiedliwość wiele mówiło już w kampanii wyborczej. Po wygranej w wyborach resort edukacji obiecywał, że już we wrześniu 2006 r. wszystkie pięciolatki w kraju pójdą obowiązkowo do przedszkola. Po roku już jako sześcioletnie maluchy miały z tornistrami ruszyć do pierwszej klasy (czyli rok wcześniej, niż to jest obecnie). - To jedno z najważniejszych zadań, jakie przed nami stoi. Jeśli ten plan się opóźni, to wyłącznie ze względów finansowych i nie dłużej niż o rok - zapewniał jeszcze kilka tygodni temu w rozmowie z "Gazetą" wiceminister edukacji Jarosław Zieliński.

Teraz okazuje się, że planu tak łatwo zrealizować się nie da. Bo - jak przyznał w czasie sejmowych prac nad budżetem Zdzisław Hensel, wiceminister edukacji odpowiedzialny za finanse - w budżecie na ten rok na obowiązkowe wychowanie przedszkolne na pewno zabraknie pieniędzy.

Według przymiarek potrzeba na to około 220 mln zł. - Ale pieniądze to niejedyna przeszkoda. Na wsiach likwidowano przedszkola. W krótkim czasie trzeba by je więc przywrócić albo zapewnić tam tzw. alternatywne formy opieki przedszkolnej. To bardzo trudne. Kłopotem jest też dowożenie małych dzieci na zajęcia - mówi Hensel.

Jest jeszcze jedna przeszkoda. Ludzie na wsiach często nie chcą posyłać małych dzieci do przedszkola, wolą, by zostawały w domu z rodzicami czy dziadkami - dodaje wiceminister.

Czy w takim razie plan upowszechnienia przedszkola wśród małych dzieci i obniżenia wieku szkolnego powędruje do szuflady? - Na pewno nie. Trwają narady w resorcie. W przyszłym tygodniu zdecydujemy, czy odsuniemy ten projekt nieco w czasie, czy też wprowadzimy wychowanie przedszkolne dla pięciolatków w okrojonej formie, jeszcze nie jako powszechny obowiązek, ale raczej jako możliwość, z której będą mogli korzystać rodzice - mówi Mieczysław Grabianowski, rzecznik Ministerstwa Edukacji.

Nie ma też pewności, czy w nowym roku szkolnym ruszą obiecywane przez rząd lekcje angielskiego od pierwszej klasy. Wprawdzie nie jest to bardzo kosztowne - według wyliczeń rządu w 2006 r. trzeba by znaleźć ok. 20 mln zł - ale może zabraknąć nauczycieli. - Dla anglistów praca w oświacie i nauczycielskie wynagrodzenia to niezbyt atrakcyjna oferta. Nie uda się zgromadzić w pół roku kadry przygotowanej do uczenia małych dzieci - mówi Krystyna Łybacka, była minister edukacji, a obecnie wiceprzewodnicząca sejmowej komisji edukacji i nauki.