Nie zabił jej rak, ale chemioterapia

Krystyna Wójcik mogłaby żyć, gdyby lekarka z białostockiego szpitala zadała sobie więcej trudu i przejrzała wyniki badań jej krwi. Tymczasem kobietę walczącą z rakiem zabiła chemioterapia. Rodzina zmarłej walczy teraz w sądzie o ukaranie lekarki. Jej mąż, oskarżyciel posiłkowy, nie chce odszkodowania ani kary więzienia. Chce zakazu wykonywania zawodu.

Wczoraj w Białymstoku rozpoczął się proces Ewy M., lekarki z Białostockiego Centrum Onkologii. To właśnie ją prokuratura oskarża o narażenie pacjentki na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi za to do roku więzienia. Lekarka nie przyznaje się do winy. Wczoraj spokojnym głosem odczytała oświadczenie, opisała szczegółowo całe leczenie i zakończyła: - Lekarz nie ma wpływu na obieg dokumentacji. Pacjentkę w dobrym stanie, razem z historią choroby, przekazałam chirurgowi. Na nic się nie skarżyła.

- Lekarz ma leczyć, a nie zabijać - grzmiał Kazimierz Wójcik, który z żoną przeżył zgodnie 45 lat. Pani Krystyna zmarła 29 czerwca 2001 r. W tym samym szpitalu, w którym przepracowała prawie całe życie jako oddziałowa. Na onkologię trafiła na początku czerwca 2001 r. Miała guz w piersi. Natychmiast zaczęto chemioterapię. Wyniki trzech badań krwi, które zawsze poprzedzały kolejną dawkę chemii, mieściły się w normie. 19 czerwca chora dostała ostatnią dawkę i zlecenie na czwartą. Czuła się źle, narzekała na nudności. Ale jednocześnie guz się zmniejszył i chirurg uznał, że nadaje się na operację. Wyznaczył nawet termin - 3 lipca.

Nagle stan pani Krystyny gwałtownie się pogorszył. Zbadano jej krew. "To jakaś pomyłka. To woda, a nie krew" - laborantki były zszokowane. Powtórzyły badania, ale wyniki były tragiczne. Nic już nie dało się zrobić - gorączka powiązana z zatruciem szpiku zabiła Krystynę Wójcik.

W aktach sprawy biegły wypowiedział się jednoznacznie - gdyby włączono w chemioterapię profilaktycznie antybiotyki i leki przeciwgrzybiczne, kobieta by żyła. - Gdyby lekarka zajęła się nią parę dni wcześniej, gdyby sprawdziła ostatni wynik krwi... - nie może darować pan Kazimierz. Gdy otrząsnął się z tragedii, w listopadzie 2001 r. złożył skargę do okręgowej izby lekarskiej, gdzie sprawa utknęła. Dopiero po trzech latach rzecznik odpowiedzialności zawodowej skierował wniosek o ukaranie lekarki do sądu lekarskiego. Na początku stycznia 2005 r. sąd lekarski uniewinnił Ewę M.