Pożądane "Spieprzaj dziadu"

Polska oszalała na punkcie pomarańczowej opaski z napisem ?Spieprzaj dziadu!?

Jan, 26-letni student prawa na Uniwersytecie UW i pracownik dużej międzynarodowej firmy, jest już mocno zmęczony tym, że wymyślił tę bransoletkę.

- W trzy tygodnie sprzedałem ich prawie tysiąc. Ale już mam następnych 400 następnych zamówień. Piszą do mnie ludzie z całej Polski, którzy mają mojego maila od znajomych, a ci od innych znajomych - opowiada Jan. - Chciałbym już z tym skończyć, bo muszę przecież normalnie żyć i pracować.

Pomarańczowy kolor ma się kojarzyć z Ukrainą, a napis oznacza, że właściciel bransoletki po prostu jest zdegustowany tym, co się w Polsce dzieje. Zdegustowani to m.in. studenci, dziennikarze i biznesmeni - takich klientów Jan ma najwięcej.

- Nie przepadam za pomarańczowym, ale noszę "Spieprzaj dziadu", bo to manifestacja moich poglądów. Głosowałam na Tuska - mówi Ewa, studentka z Warszawy.

- Zawsze pilnuję, żeby bransoletka była odwrócona tak, aby napis był czytelny - dodaje Jacek, krakowski dziennikarz. Bransoletkę zobaczył kilka dni temu na ręce swojej dziewczyny z Warszawy i wybłagał, żeby mu podarowała. Teraz musi opowiadać znajomym z południa Polski, skąd ma opaskę i jak można ją zdobyć. Zaczepiają go też obcy: jakiś przechodzień, kobieta po czterdziestce w pociągu, hostessa linii lotniczych, która sama rozdawała ludziom w centrum handlowym bransoletki swojej firmy. - Ja bym wolała taką jak pan. Zamienimy się? - zaproponowała. Ale Jacek się nie zgodził.

Pomysł Jana podchwycili już inni i zaczęli sprzedawać w internecie podróbki - z drukowanym i bez wykrzyknika. On sam na swojej pomarańczowej twórczości nie zarabia. - To złośliwa akcja charytatywna - żartuje. U wytwórcy płaci za jedną bransoletkę 1,60 zł, a sprzedaje po 5 zł. Ok. 3 zł różnicy na każdej sztuce chce przekazać na hospicjum. Resztę zostawi sobie na podatek, bo planuje rozliczyć się z fiskusem.

- Nie przekazuj mojego maila dalej, nie mam siły już ich produkować - prosi na koniec. Właśnie pertraktuje z jednym ze sklepów internetowych, żeby przejął interes za niego.

Kariera jednego hasła

Gdy 4 listopada 2002 r. Lech Kaczyński, wówczas kandydat na prezydenta Warszawy, wyszedł z konferencji prasowej na warszawskiej Pradze, do jego samochodu podeszło kilku mężczyzn z plastikowymi reklamówkami. Dopytywali, co rząd robi dla bezrobotnych. Kaczyński tłumaczył, że jest z opozycji, mężczyźni nie ustępowali. - Spieprzaj, dziadu! - rzucił wtedy Kaczyński do jednego z nich i trzasnął drzwiami. Pewnie wtedy nie przypuszczał, że jego krótkie zdanie zrobi taką furorę.