Przewoźnik nie był agentem SB

Sąd lustracyjny całkowicie oczyścił wczoraj Andrzeja Przewoźnika, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, z oskarżeń o współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Czesław Jaworski, obrońca Przewoźnika: - Materiały obciążające mojego klienta nie zostałyby ujawnione, gdyby nie zgłosił on swojej kandydatury na stanowisko prezesa IPN. To jest geneza całej sprawy.

- Ta sprawa pokazuje, że w sposób arbitralny poza organami do tego uprawnionymi zapadają decyzje, że dana osoba była lub nie była tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL - mówiła sędzia Małgorzata Mojkowska, uzasadniając orzeczenie. Sędzia powiedziała, że zebrane dowody i zeznania świadków "absolutnie wykluczają" tezę, że Przewoźnik w latach 80. zgodził się na współpracę z SB.

Bo chciał być prezesem

Ujawniła też, że b. kapral SB Paweł Kosiba, który w 1990 r. napisał notatkę, gdzie wymienił nazwisko Przewoźnika jako swojego agenta, przyznał się przed sądem, że świadomie napisał w niej nieprawdę.

- Przykre jest, że w oparciu o taki dokument jak zawierające nieprawdziwe fakty pismo Kosiby sformułowano tak poważne oskarżenia - powiedziała sędzia Mojkowska.

Oskarżenia opublikowała w lipcu "Rzeczpospolita" w oparciu wyłącznie o notatkę Kosiby wyniesioną z archiwów krakowskiego IPN.

Po tych oskarżeniach kolegium IPN wykluczyło Przewoźnika z konkursu na stanowisko prezesa Instytutu i wybrało Janusza Kurtykę, szefa IPN w Krakowie.

- Nie wierzę, by doszło tu do zbiegu okoliczności - powiedział Czesław Jaworski, obrońca Przewoźnika. - Materiały obciążające mojego klienta nie zostałyby ujawnione, gdyby nie zgłosił on swojej kandydatury na stanowisko prezesa IPN. To jest geneza całej sprawy.

Agent dla ewidencji lub na wyrost

Na wczorajszej rozprawie zeznawali dawni funkcjonariusze krakowskiej SB oraz dwaj koledzy Przewoźnika z lat 80., którym wtedy mówił on, że był nakłaniany do współpracy z bezpieką. Esbeków pytano, dlaczego nazwisko Przewoźnika w 1988 r. znalazło się w rejestrach agentów. Nie potrafili wyjaśnić, kto i dlaczego w skrócie "KTW" (kandydat na tajnego współpracownika) w 1988 r. skreślił literę "K".

- Tłumaczyli, że zrobiono to dla celów ewidencyjnych - mówiła Mojkowska. Przesłuchania esbeków były tajne, ale wiadomo, że jeden z nich zeznał, że zdarzały się rejestracje agentów "na wyrost", "dla statystyk".

Sędzia Mojkowska przypomniała, że w trakcie procesu wyszło na jaw, że Przewoźnik, który działał w opozycji, był dwukrotnie nagabywany, a nawet szantażowany przez SB. Nie chciał zgodzić się na współpracę, rozmawiał z SB tylko w swoim biurze, o wizytach SB powiadomił kolegów i przełożonych. Z akt dostarczonych sądowi wynika też, że Przewoźnik był inwigilowany przez bezpiekę.

Zanim sąd wydał wyrok, wniosek o uznanie, że Przewoźnik nie był agentem, złożył zastępca rzecznika interesu publicznego Andrzej Ryński. Zazwyczaj przedstawiciel tego urzędu pełni rolę oskarżyciela, jednak w tym wypadku Ryński stwierdził: - Nie ma żadnego dokumentu, że Andrzej Przewoźnik zgodził się na współpracę z SB, nie ma też dowodu, że dostarczał informacji. Nie ma żadnych elementów, które pozwalałyby stwierdzić, że był tajnym i świadomym współpracownikiem SB. Mogę złożyć tylko jeden wniosek: o uznanie oświadczenia lustracyjnego Przewoźnika za prawdziwe.

W cieniu lustracyjnych planów PiS

Na atmosferę wczorajszej rozprawy wpłynęły informacje o tym, że PiS chce zlikwidować sąd lustracyjny oraz instytucję Rzecznika Interesu Publicznego, a całą lustrację przekazać do IPN.

- Ta sprawa pokazuje, że aby stwierdzić, że ktoś był tajnym współpracownikiem, nie wystarczą jedynie dokumenty po byłej SB przekazane przez IPN - mówiła sędzia Mojkowska.

- Sprawa ta jest jednym z przykładów pokazujących, jak potrzebne jest funkcjonowanie sądu lustracyjnego - stwierdził prokurator Ryński.

Mówił o tym również w ostatnim słowie sam Przewoźnik: - Tylko działania sądu pozwoliły mi oczyścić się z nieprawdziwych oskarżeń, które pojawiły się w prasie. Dzień, w którym ukazał się artykuł w "Rzeczpospolitej", zmienił moje życie. To był jeden z nielicznych momentów, kiedy zwątpiłem w sens walki o demokratyczną Polskę.

Po wyroku Przewoźnik szybko wyszedł z sądu. - Jestem zmęczony i wściekły, że coś takiego mnie jednak spotkało - mówił.

Czy Przewoźnik może kandydować?

Czy orzeczenie sądu zmienia coś w stanowisku kolegium IPN, które odrzuciło kandydaturę Przewoźnika w konkursie na szefa Instytutu?

Kolegium kierowało się zapisem ustawy o IPN mówiącym o tym, że prezesem nie może być osoba, wobec której w archiwach IPN występują "przesłanki" wskazujące na to, że była funkcjonariuszem SB lub agentem.

Sławomir Radoń, który wtedy przewodniczył kolegium, mówi, że nie miało ono wyjścia, bo w aktach istniały zapisy rzucające cień na Przewoźnika.

Teraz, nawet gdyby został rozpisany drugi konkurs, to - według Radonia - sytuacja byłaby podobna. - Dalej byłaby ustawowa przeszkoda niepozwalająca kandydować panu Przewoźnikowi - powiedział "Gazecie" Radoń.

Innego zdania jest członek kolegium Andrzej Friszke: - Dla mnie słowo "przesłanka" jest pojęciem bardzo mętnym. Gdyby doszło do ponownego konkursu, oczekiwałbym ekspertyzy prawnej, jak traktować ten zapis po wyroku sądu, który podważa tę przesłankę.