Funkcjonariusze NRD czują się ofiarami

To my jesteśmy ofiarami - twierdzą byli funkcjonariusze straży granicznej NRD, formacji mającej na sumieniu setki zastrzelonych uciekinierów za czasów muru berlińskiego.

Do dziś nie jest jasne, ile osób zabili enerdowscy pogranicznicy. Według różnych wyliczeń podczas ucieczek z NRD z ich ręki, na minach i od strzelających pułapek automatycznych, a także podczas wypadków zginęło od 270 do 1000 osób. Po zjednoczeniu prawie setkę funkcjonariuszy partyjnych oraz oficerów wojska i straży granicznej oskarżono o wydanie rozkazu strzelania do uciekinierów. Kilkanaście osób skazano na kilkuletnie kary więzienia.

Ale 73-letni Gerhard Lehmann, były major straży granicznej NRD, nie wstydzi się przeszłości. Jako założyciel Kameradschaft "Florian Meyer", stowarzyszenia weteranów enerdowskiego Grenzschutzu, walczy przeciwko - jak mówi - "przedstawianiu w złym świetle jego służby i fałszowaniu niemieckiej historii".

- To nie jest odosobniony przypadek. Od jakiegoś czasu dawni funkcjonariusze reżimu usiłują rozgrzeszyć NRD. Nie robią tego spontanicznie, to zorganizowane akcje - twierdzi na łamach "Stuttgarter Zeitung" Hubertus Knabe, szef berlińskiego Memoriału Stasi, instytucji dokumentującej zbrodnie aparatu bezpieczeństwa we wschodnich Niemczech.

Wiosną tego roku Lehmannowi udało się wejść do rady muzeum Point Alfa (w Dermbach w południowej Turyngii), które poświęcone jest historii zimnej wojny. Według "Der Spiegel" byłemu pogranicznikowi udało się już rozszerzyć muzealną wystawę o część poświęconą żołnierzom enerdowskich wojsk granicznych, którzy zginęli podczas służby. Na ekspozycji jest cytat z gen. Heinza Keßlera, ostatniego ministra obrony NRD, który powiedział, że "nigdy nie wydano rozkazu strzelania do uciekinierów".

Dzięki obrotnemu majorowi gości muzeum oprowadzają byli pogranicznicy. Robią to nieoficjalnie. - Nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Przychodzą do nas jako zwykli zwiedzający i dzielą się z innymi swoimi poglądami - mówi Sylvia Grasreiner, dyrektorka muzeum.

Lehmanna popiera Stowarzyszenie Prawnego i Humanitarnego Wsparcia, w skład którego wchodzi 1500 byłych pograniczników, wojskowych i pracowników aparatu bezpieczeństwa byłego NRD.

"Występujemy w obronie tych obywateli, którzy wykonywali swoje obowiązki w ramach porządku prawnego NRD, a teraz ponoszą za to odpowiedzialność karną. Naszą siłą jest solidarność" - czytamy na stronie internetowej towarzystwa. Fałszerstwo zdaniem członków towarzystwa polega na tym, że cały wschodnioniemiecki aparat bezpieczeństwa określa się w dzisiejszych Niemczech jako przestępczy.

Wschodnioniemieccy weterani organizują konferencje naukowe. Na jednej z ostatnich dr Heinz Reichelt, były wicepremier NRD, wygłosił wykład pt.: "Polityka bezpieczeństwa NRD mocno zakotwiczona w społeczeństwie". Publikują też książki - ostatnia nosi tytuł "Prześladowania polityczne po zjednoczeniu Niemiec - Sprawiedliwość zwycięzcy?".

To właśnie z inicjatywy byłych funkcjonariuszy powstała dwutomowa historia Stasi napisana przez jej byłych generałów. Historycy uznali ją za ewidentną próbę rewizji dziejów byłej NRD.

- Dziś słudzy reżimu przedstawiają się jako ofiary zjednoczenia. A ich stowarzyszenia w tym pomagają. Niemców z Zachodu bardziej interesują nowe drogi niż los 250 tys. ludzi, którzy za czasów NRD siedzieli w więzieniach - mówi szef Memoriału Stasi Hubertus Knabe.

A major Lehmann walczy dalej. Jak podaje "Spiegel", za rok on i jego koledzy zamierzają świętować 60. rocznicę powstania straży granicznej NRD.