Bezkarni truciciele

Inspektorzy środowiska w całej Polsce notorycznie przegrywają sprawy, które wytaczają trucicielom przyrody. Powodem jest nieprecyzyjny artykuł z kodeksu karnego. - Na jego podstawie jeszcze nikogo nie skazano. Nasza praca idzie na marne - skarżą się inspektorzy

Chodzi o art. 182 kodeksu karnego. Zgodnie z nim truciciele środowiska naturalnego mogą trafić za kratki nawet na pięć lat, o ile udowodni im się "zniszczenia w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach".

- To jedyny przepis, na podstawie którego możemy ścigać ekologicznych przestępców - tłumaczy Beata Szmigielska z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Łodzi. - Niestety, prokuratury i sądy nagminnie umarzają sprawy, twierdząc, że nie ma definicji "zniszczenia w znacznych rozmiarach". Takich spraw przegraliśmy mnóstwo. Nasza praca, kosztowne ekspertyzy, biegli - wszystko kończy się niczym.

Umorzeniem skończyła się np. afera z wypuszczaniem ścieków prosto do lasu ze zgierskiej fabryki należącej do "króla żelatyny" Kazimierza Grabka.

W styczniu, gdy "Gazeta" ujawniła skandal, sprawą zajęły się od razu WIOŚ i prokuratura. Z hali produkcyjnej fabryki żelatyny w Zgierzu wychodziła do lasu rura. Wylano nią kilkadziesiąt tysięcy metrów sześciennych rozpuszczonych w kwasie solnym kości zwierząt.

Jak wynika z ekspertyzy zamówionej przez WIOŚ, ścieki z fabryki Grabka zniszczyły 1400 m kw. lasu. Drzewa dosłownie zadusiły się na skutek zalania korzeni zwierzęcym tłuszczem.

Zgierska prokuratura wszczęła śledztwo i umorzyła je.

- Nie miałem innego wyjścia - tłumaczy prokurator Andrzej Danieluk ze Zgierza. - Nie ma orzecznictwa, co to są owe "znaczne rozmiary" zniszczeń w środowisku. Ten przepis jest martwy, bo nie zajął się tym Sąd Najwyższy. A definicja bardzo by się przydała.

- Przez takie tłumaczenia truciciele czują się bezkarni - irytują się inspektorzy.

- Ten przepis rzeczywiście może stwarzać problemy, bo jest ocenny - przyznaje prof. Stefan Lelental z Uniwersytetu Łódzkiego, współtwórca prawa karnego. - Ale to nie powód, by go nie stosować. Jeśli prokurator ma wątpliwości, czy doszło do zniszczenia środowiska w znacznych rozmiarach, powinien sprawę i tak skierować do sądu. Jeśli przegra, może złożyć apelację. Wówczas sądy wyższych instancji będą musiały zastanowić się nad tym problemem i wreszcie powstanie na ten temat orzecznictwo.

Komentarz

Sędziowie, którzy odmawiają interpretowania prawa, żądając, żeby im podać gotową do zastosowania formułę, deprecjonują rolę sądów. Sąd to nie uczeń, który podstawia okoliczności do wzoru i wychodzi mu rozwiązanie. A prawo to nie algebra, tylko czuły instrument, który trzeba stosować z wyobraźnią i odpowiedzialnością. Każdy prawnik wie, że nadmiernie kazuistyczne przepisy - np. precyzujące "rozmiar" szkody - są po prostu nieużyteczne.

Sędziowie przywilej interpretowania prawa traktują jak kwiatek do kożucha, a bojkotując przepis (dotyczy to też prokuratorów), pozbawiają ochrony środowisko. Czekanie na stanowisko Sądu Najwyższego będzie czekaniem na Godota, bo skoro sądy sprawą się nie zajmują, to Sąd Najwyższy nie będzie miał się okazji wypowiedzieć.

Zresztą to nieprawda, że pojęcie "zniszczenie w znacznych rozmiarach" jest abstrakcyjne. Po prostu prokuratorzy i sędziowie nie zadali sobie trudu zajrzenia do literatury. I przeczytania choćby tego, co na ten temat wybitny znawca prawa ochrony środowiska prof. Wojciech Radecki napisał w 1998 i 2000 r. w "Monitorze Prawniczym". A napisał, że "znaczne rozmiary" dotyczą nie tyle wartości wyrządzonych szkód, ile ich rozległości. I że np. przestępstwem będzie zatrucie jeziora, stawu czy kilku hektarów lasu.