Ujawniajmy w interesie wszystkich - komentarz Pawła Wrońskiego

Dobrze, że minister Radek Sikorski postanowił ujawnić dokumenty Układu Warszawskiego. Sam układ nie istnieje już od 14 lat, a komunizm, którego miał bronić, trafił na śmietnik. Rozpadł się Związek Radziecki, który trzymał żelazną ręką wszystkie "socjalistyczne kraje miłujące pokój".

Obecnie część b. członków Układu należy do NATO. Sytuacja wydaje się dziwna, bo Polska - państwo, które nie ma tajemnic militarnych przed sojusznikami z NATO - musi bronić tajemnic mocno nieświeżego trupa UW, które w większości mają dziś jedynie charakter historyczny.

Czy społeczeństwa b. członków Układu nie powinny poznać dokumentów dotyczących bratniej inwazji na Czechosłowację 1968 r., gróźb wkroczenia do Polski w 1970 i 1980 roku, mapy ćwiczeń sztabowych z 1979, z której wynikało, że Polska i Niemcy miały zostać zamienione w napromieniowaną pustynię?

Rodzi się pytanie, jak na to zareaguje Rosja, prawny spadkobierca ZSRR. Przypomnijmy jednak, że gdyby dokładnie przestrzegać paktów i zobowiązań z Rosją, świat nie dowiedziałby się np. o tajnym protokole paktu Ribbentrop-Mołotow (wbrew woli zachodnich aliantów ujawniono go w Norymberdze).

Rosja, o czym świadczy przykład utajnionych w ubiegłym roku akt śledztwa katyńskiego, pilnie strzeże swoich tajemnic, ale standardem światowym jest ujawnianie przeszłości, a nie trzymanie jej w szafach.

W działaniach ministra Sikorskiego tkwi jednak pewne niebezpieczeństwo. Zapowiedział bowiem, że nie odtajni tych nielicznych dokumentów, które mogą zagrozić bezpieczeństwu współczesnej Polski. Chodzić może np. o współcześnie używane instalacje wojskowe.

Nie wszystkie jednak dokumenty można ocenić wyłącznie z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa. Być może są też takie, których ujawnienia nie chcą Węgry, Czechy, Rumunia, Bułgaria, nawet Rosja.

Należałoby więc zapytać, czy któreś z tych państw nie ma zastrzeżeń. To nie tylko kwestia grzeczności, ale gest świadczący, że decyzja polskiego ministra nie jest kierowana przeciw komukolwiek.