Dobre słowa, czas na czyny - komentarz

Premier Kazimierz Marcinkiewicz na cel pierwszej wizyty zagranicznej wybrał Brukselę. Dobrze się stało, że szef nowego rządu - niecieszącego się najlepszą prasą na Zachodzie - próbuje przekonać unijnych partnerów o zaangażowaniu w europejskie sprawy. Przyjazd do Brukseli ma wagę symbolu.

Problem w tym, że wcześniej decyzje i wypowiedzi członków nowego rządu stworzyły inne wrażenie. Unijni partnerzy wciąż mogą uważać Polskę za kraj eurosceptyczny. Bo to Polska jest jedynym nowym członkiem Unii, który nie wyznaczył daty planowanego przyjęcia euro, mimo że ma taki obowiązek. Bo jako jedyni sprzeciwiamy się reformie mającej ułatwić konsolidację europejskich banków. I jako jedyni przez chwilę blokowaliśmy unijny budżet na 2006 r. Paradoksalnie, dokładnie w tej samej chwili, w której premier Marcinkiewicz przekonywał szefa Komisji Europejskiej, że Polska chce silnej Unii, jego minister, szef resortu rolnictwa Krzysztof Jurgiel odmówił poparcia dla reformy rynku cukru - którą proponowała Komisja Europejska. Listę takich negatywnych "symboli" można by ciągnąć długo, uzupełniając ją chociażby o ostatnie wypowiedzi minister finansów w sprawie supermarketów (nielubianych) lub deficytu budżetowego (który można powiększać, mimo że Unia się temu sprzeciwia).

Jeżeli Polska nadal będzie tym państwem, które w rozmowach z unijnymi partnerami jest generalnie na "nie", to kredyt zaufania, jaki Marcinkiewicz otrzymał w środę od najważniejszych unijnych instytucji, szybko się wyczerpie. Zepchnięcie do oślej ławki eurosceptyków przyniesie nam tylko straty. Dlatego za słowami o "europejskim zaangażowaniu" powinny pójść teraz czyny. Choćby takie, jak przedstawienie Brukseli naszej drogi do euro, z datami. Taka inicjatywa rządu przyniesie takie same efekty jak najbardziej udana wizyta premiera w Brukseli. Bo ostatecznie przekona naszych partnerów w UE, że kiedy premier mówi o europejskim zaangażowaniu Polski, to mówi serio, a nie tylko na użytek kamer.