Ujawnią akta z czasów "inwigilacji prawicy"?

Czy wstrząśnie życiem politycznym, w kogo najbardziej uderzy odtajnienie sprawy inwigilacji prawicy?

Obok sprawy "Olina", czyli domniemanego szpiegostwa premiera Józefa Oleksego na rzecz Rosji, to jedno z najważniejszych śledztw odsłaniających kulisy politycznych akcji służb specjalnych po 1989 r.

Jarosław Kaczyński, pokrzywdzony w tej sprawie, 29 listopada mówił "Gazecie": - Mam nadzieję, że 21 tomów akt "inwigilacji prawicy" zostanie ujawnionych. (...) Słowo "inwigilacja" nie jest do końca precyzyjne. Bo "inwigilować kogoś" to śledzić go, rozpoznawać jego sytuację, dowiadywać się o nim. A w tym wypadku chodziło o (...) przygotowanie fałszywych zarzutów karnych czy prowokację".

- Zapoznał się Pan ze stanem śledztwa w sprawie inwigilacji prawicy. Odtajni ją pan? - zapytaliśmy nowego zastępcę prokuratora generalnego, prokuratora krajowego Janusza Kaczmarka.

- Części dokumentów w tej sprawie klauzulę tajności nadał UOP, odtajnić je może szef MSWiA. Część utajniła prokuratura. W moim przekonaniu warto byłoby społeczeństwu pokazać mechanizmy oddziaływania służb na świat polityki w tamtym okresie. Takie stanowisko przedstawiłem nowo powołanemu prokuratorowi apelacyjnemu w Warszawie. Prokurator Marzena Kowalska zna akta i nie widzi przeszkód w ich odtajnieniu - odpowiada prok. Kaczmarek.

Instrukcja 0015

To Kaczyński pierwszy dał sygnał, że służby angażowane są w inwigilowanie partii opozycyjnych. W marcu 1993 r. ujawnił istnienie słynnej "tajnej specjalnego znaczenia" instrukcji 0015/92 powołującej do życia i określającej zadania komórki UOP infiltrującej opozycję (instrukcję zatwierdził szef UOP Jerzy Konieczny). Mogła korzystać z płatnych "ekspertów" i "konsultantów", a według Kaczyńskiego po prostu "płatnych informatorów". Kilka miesięcy później Trybunał Konstytucyjny uchylił instrukcję.

W czasie kampanii parlamentarnej w sierpniu 1997 r. w szafie płk. Jana Lesiaka, byłego funkcjonariusza SB, w 1993 r. szefa zespołu inspekcyjno-operacyjnego przy szefie UOP, znaleziono kilkaset nieewidencjonowanych dokumentów. Wynikało z nich, że UOP po upadku rządu Jana Olszewskiego w 1992 r. za zgodą swego szefa oraz ministra spraw wewnętrznych - czemu obaj zaprzeczali - prowadził tajne operacje przeciwko Porozumieniu Centrum (partii braci Kaczyńskich), Ruchowi dla Rzeczpospolitej (byłego premiera Jana Olszewskiego), Ruchowi Trzeciej Rzeczpospolitej (Jana Parysa) i innym ugrupowaniom na prawicy. Stać miał za tym Belweder, wskazywano zwłaszcza na Mieczysława Wachowskiego, sekretarz stanu w kancelarii Lecha Wałęsy.

Afera została ujawniona przez ówczesnego (w 1997 r.) koordynatora ds. służb specjalnych Zbigniewa Siemiątkowskiego (SLD). Na jego wniosek prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie bezprawnych działań operacyjnych UOP. Dopiero podczas śledztwa okazało się, że UOP prowadził je również wobec ugrupowań lewicowych, i to aż do 1997 r. (czyli za rządów koalicji SLD-PSL i prezydentury Kwaśniewskiego). Płk Lesiak wszystkiemu zaprzeczał. Twierdził, że jego zespół zajmował się aferami finansowymi i w związku z tym "uzyskiwał incydentalne informacje o działalności różnych polityków".

Prokuratura umarza

Sprawa jest symbolem upolitycznienia prokuratury. Latem 1999 r. - gdy ministrem sprawiedliwości była Hanna Suchocka - śledztwo zostało umorzone. Zdaniem Kaczyńskiego i innych pokrzywdzonych - na polecenie. O naciskach na umorzenie opowiedzieli "Gazecie" odwołani wcześniej, prowadzący to śledztwo prokuratorzy Jarosław Baniuk i Jacek Gutkowski. Ówczesny szef stołecznej prokuratury Stefan Szustakiewicz potwierdził to w rozmowie z "Przeglądem Tygodniowym". Prokuratorzy ujawnili, że UOP udostępnił prokuraturze tylko niewielką część dokumentów znalezionych w szafie płk. Lesiaka. Np. nie ujawnił dokumentów z nazwiskami agentów, ale znane są ich kryptonimy. Wszystko to zdarzyło się jesienią 1999 r.

Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i inni zawiadomili prokuraturę o przestępstwie utrudniania śledztwa. I ono zostało umorzone.

W końcu 1999 r. minister Suchocka zadeklarowała odtajnienie akt sprawy. Tak się jednak nie stało. Kilka miesięcy później Sejm głosami posłów SLD, UW i części AWS odmówił powołania komisji śledczej w sprawie inwigilacji prawicy. Bracia Kaczyńscy zapowiadają dziś, że wróci do tego przyszła Komisja Prawdy i Sprawiedliwości.

Tymczasem umorzone śledztwo w sprawie inwigilacji prawicy sąd nakazał prowadzić dalej. W końcu zarzutu doczekał się płk Lesiak i w styczniu 2003 r. akt oskarżenia przeciwko niemu trafił do sądu z klauzulą "tajne". Kilka miesięcy temu sąd nakazał zarzut Lesiaka odtajnić, prokuratura nie chciała. Jednak w ostatnich dniach zarzut został odtajniony. Jak się dowiedzieliśmy, Lesiak odpowie za przekroczenie uprawnień poprzez "wykorzystanie osobowych źródeł" przy zbieraniu i przechowywaniu informacji na temat polityków aż do 1997 r. Wątek ewentualnej odpowiedzialności przełożonych Lesiaka został wyłączony i umorzony. - Z zeznań wynika, że inicjatywa należała do Lesiaka, zgłaszał się do swoich przełożonych z pomysłami, zanim zdążyli sami o nich pomyśleć - mówi prokurator znający akta sprawy.

Wśród pokrzywdzonych na pierwszym miejscu wymieniony jest Jarosław Kaczyński. Z lewej strony sceny politycznej zaś np. Piotr Ikonowicz (PPS). Akta wciąż jednak znajdują się w kancelarii tajnej.

Tymczasem Jarosław Kaczyński już w 1999 r. ujawnił - w wywiadzie dla "Gazety" - część tajemnic, które kryje 21 tomów tej sprawy. Mówił o: istnieniu tajnej, podległej jedynie szefowi UOP grupy Lesiaka; inspiracji Belwederu w działaniach przeciw partiom; posługiwaniu się agentami w ogólnopolskich dziennikach i telewizji; stosowaniu podsłuchów, szantaży, m.in. obyczajowych, włamań do lokali partyjnych; dodał, że zgromadzone materiały pozwalają na oskarżenie kilku osób. "Nie mam cienia wątpliwości, że afera" Watergate "była pestką w stosunku do tego, jakie działania podjął UOP wobec posłów, polityków i partii politycznych" - podsumował wówczas Kaczyński.

Czy ujawnienie dokumentów sprawy jest groźne? Jeśli za interes państwa uważamy chronienie agentury, to tak - odpowiada Zbigniew Siemiątkowski. Ale dodaje, że "być może trzeba to zrobić". Dlaczego? - Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy działania operacyjne należy zakładać wobec legalnie działających polityków i partii politycznych tylko dlatego, że mówią rzeczy nieprzychylne pod adresem aktualnie rządzących. Mnie się w 1997 r. wydawało, że to nie jest w porządku - mówi Siemiątkowski.

Komu ta sprawa zakłóci sen?

W kogo więc uderzy ujawnienie śledztwa? - W tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za nadzór nad służbami w latach 1992-93. Trzeba sprawdzić, kto był wówczas prezydentem, premierem, szefem MSW, szefem urzędu - odpowiada Siemiątkowski. Hanna Suchocka, dziś ambasador w Watykanie: - Nie znam tej sprawy. Nic na ten temat nie mam więcej do powiedzenia.

- Jeśli chodzi o personalia, to nie sądzę, by ujawnienie akt było groźne, bo śledztwo ograniczyło się do szafy Lesiaka i jego odpowiedzialności - mówi nasz informator z prokuratury. - A Wachowski? - pytamy. - Moim zdaniem Wachowski może spać spokojnie, o jego roli mówią głównie pokrzywdzeni, w dokumentach nic nie ma - odpowiada nasze źródło.

- Czy o inwigilacji wiedział Jan Rokita, ówczesny szef Urzędu Rady Ministrów? - pytała ostatnio "Gazeta". - Nie mogę powiedzieć na podstawie akt, że Rokita wiedział, więc przyjmuję, że nie wiedział - odpowiedział Jarosław Kaczyński.

Prokurator krajowy Janusz Kaczmarek mówi, że odtajnienie śledztwa może nastąpić wraz z ponownym skierowaniem aktu oskarżenia przeciwko Lesiakowi do sądu. A więc w najbliższych dniach.

Co Kaczyński mówił w 1999 r. o dokumentach w sprawie inwigilacji prawicy:

"Po pierwsze, jest dokument wyraźnie zalecający podjęcie szerokich działań przeciw PC i innym ugrupowaniom prawicy, włącznie z uruchomieniem dawnej agentury SB i przeprowadzeniem operacji osłonowej - tajni informatorzy grupy Lesiaka byli kryci nawet wobec UOP. (...) Co charakterystyczne, ten dokument posiada adnotację akceptującą samego Milczanowskiego, szefa MSW, a także Koniecznego, ówczesnego szefa UOP.

Drugi dokument: 21-punktowy spis zadań operacyjnych w stosunku do mnie i innych osób. Katalog wielu przedsięwzięć, które całkowicie nie mieszczą się w pragmatyce służb specjalnych, a których celem był skompromitowanie polityków prawicy. Jest np. taki punkt: sprawdzić prywatyzację firmy Zagłoba w woj. lubelskim. Rzecz wzięła się z nieporozumienia - przy tamtej prywatyzacji działał jakiś Włodarczyk, ale to nie był Wojciech Włodarczyk, szef URM w rządzie Olszewskiego. (...)

Trzeci dokument zawiera ocenę sytuacji na prawicy, przede wszystkim w PC. W materiale tym przypisuje się nam zamiar opanowania całej gospodarki. Dalej pisze się, że nasza partia chce wywołać zamieszanie, przejąć władzę, wyeliminować wszystkich znaczących polityków i wprowadzić dyktaturę. Chodziło zapewne o to, by wykazać, że PC zagraża bezpieczeństwu państwa".