Handel światowy: WTO się chwieje

Nie ma porozumienia, jak obniżać bariery w handlu światowym i na razie nie będzie. Kraje zamożne i ubogie nie potrafią się porozumieć, jak otwierać swoje rynki na forum Światowej Organizacji Handlu (WTO). Pat negocjacyjny może kosztować przeszło pół biliona dolarów

Światowa Organizacja Handlu (WTO) zbierze się w Hongkongu, by przedstawić propozycję, jak obniżać cła i bariery pozacelne w światowym handlu.

- W Hongkongu nie będzie porozumienia co do tego, jak obniżać cła na świecie, o nie - wymknęło się w ubiegłym tygodniu Peterowi Mandelsonowi, unijnemu komisarzowi ds. handlu, w wywiadzie dla BBC. Kilka godzin później jego rzecznik prasowy zapewniał, że intencje komisarza były inne.

Ale Mandelson, zapominając o politycznej poprawności, powiedział to, co w siedzibie WTO w Genewie szepczą już od kilku tygodni prawie wszyscy urzędnicy Organizacji.

Trudna gra o miliardy

Porozumienie miało być gotowe już 1 stycznia, ale zamiast niego trwa pat. Na razie globalny PKB się więc nie powiększy - i winą za taki stan rzeczy można obarczyć zarówno bogatych, jak i kraje rozwijające się.

Najbardziej poszkodowane będą jednak kraje ubogie, które w tej rundzie rozmów o liberalizacji handlu miały zyskać najwięcej. Niższe bariery w handlu miały pomóc im włączyć się do globalnej gospodarki. Miały też dać bodziec do szybszego rozwoju całego świata, bo liberalizacja handlu oznacza szybszy rozwój gospodarczy. To, kto na nim najbardziej skorzysta, zależy od kształtu porozumienia, i dlatego targi o to, jak będą obniżane cła, są tak ważne.

Negocjacje w WTO są więc twardą grą o pieniądze - a nie tylko spotkaniami polityków w egzotycznych krajach. Od tego, jak będą wyglądały po porozumieniu WTO cła na wołowinę, stal i jakie ograniczenia będą w wymianie usług, zależy los poszczególnych sektorów gospodarki.

Jeżeli w wyniku porozumienia cła np. na mięso spadną, to polscy rolnicy będą musieli stawić czoło nie tylko konkurencji unijnej, ale przede wszystkim zagranicznej np. z Argentyny. Jeżeli zaś otworzą się rynki usług, europejskim bankom byłoby znacznie łatwiej działać np. w krajach Azji.

Kto zawinił?

- Interesy lokalne, przede wszystkim niechęć do zmian w krajach zamożnych - uważa Phil Bloomer z Oxfam, jednej z organizacji pozarządowych nawołujących do sprawiedliwych reguł handlu światowego.

Aby porozumienie WTO weszło w życie, wszystkie kraje członkowskie muszą zgodzić się na jego reguły. Tymczasem interesy krajów WTO są jawnie sprzeczne.

Kraje bogate naciskają na otwarcie rynków dla ich towarów i usług, chcą też chronić swoich rolników, do których dopłacają. Kraje rozwijające się i ubogie odwrotnie: chcą chronić rynki towarów (bo rozwijają przemysł i mają dochody z ceł) i żądają dla siebie lepszego dostępu do rynków towarów rolnych, które eksportują.

Jak wyglądają targi o handel w praktyce?

Unia Europejska nie chce rezygnować z ochrony swojego rynku rolnego - choć zaproponowała, że zmniejszy cła na towary rolne średnio o połowę i o 70 proc. obniży pomoc dla rolników. Ale Unia nie chce zgodzić się na likwidację listy towarów wrażliwych - a więc takich, na które ochrona nadal by obowiązywała. Są na niej m.in. wieprzowina, wołowina, drób, owoce. Tego ostro domagają się Brazylia i Indie i żadna ze stron nie zamierza ustąpić. Rolnictwo jest ważne, bo kraje rozwijające się znaczną część PKB uzyskują właśnie z eksportu towarów rolnych.

Jak wyliczyli Amerykanie, ustępstwa Unii np. w obniżeniu ceł na udka z kurczaka są tak małe, że pozwalają na dodatkowy import jedynie 10 tys. ton udek rocznie. - To zaledwie jedna nóżka więcej na jednego mieszkańca Unii rocznie! - utyskują Amerykanie. Mają dobry powód: sami eksportują żywność, a pomoc do rolników kierują w inny sposób (np. przez ulgi podatkowe) i nie chcą słyszeć o jej zmniejszeniu.

USA wspierają w tym przypadku kraje rozwijające się - bo mają podobne interesy i opłaca im się eksportować więcej żywności niż dotychczas.

- Ale kraje rozwijające się żądają nierealnie dużo, w każdych negocjacjach musi być miejsce na ustępstwa. Kraje rozwijające się muszą pojąć, że w pewnym momencie powinny zgodzić się na propozycje Unii, inaczej nie będzie żadnych ustępstw - mówi "Gazecie" anonimowo jeden z urzędników WTO w Genewie.

Ostatnią nadzieją dla rozmów jest nowa oferta Unii Europejskiej w zakresie rolnictwa - ma zostać przedstawiona do połowy grudnia (zapowiedział to szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso). Ale to będzie oferta korzystna przede wszystkim dla krajów najuboższych - a nie dla krajów rozwijających się. Trudno więc spodziewać się kompromisu pomiędzy bogatymi a np. Brazylią czy Indiami.

Unia naciska również, by negocjacje nie zamykały się jedynie w kwestiach rolnych - bo znacznie ważniejsze jest negocjowanie obniżenia ceł na towary pozarolne i otwieranie rynków dla usług.

Dziś eksport towarów rolnych to 780 mld dol. rocznie - czyli zaledwie 8,8 proc. całego eksportu na świecie. Powinniśmy zająć się znoszeniem barier w eksporcie towarów pozarolnych, tam są większe pieniądze do wygrania - argumentuje Unia. I dodaje: bez ustępstw w tych dziedzinach nie będzie naszych ustępstw w rolnictwie.

Ponieważ kraje WTO nie potrafią się porozumieć, podczas konferencji ministerialnej WTO w Hongkongu przyjmą prawdopodobnie okrojony plan liberalizacji ceł i barier pozacelnych. Ma być prezentem dla krajów najbiedniejszych, przede wszystkim z Afryki - i ma pomóc im w rozwoju. Kraje rozwijające się nie dostaną prawdopodobnie nic; tak samo jak najzamożniejsze.

- Co to znaczy "okrojony plan" nie wie jeszcze nikt, ale wszyscy mają nadzieję, że nie powtórzy się sytuacja ze szczytu w Cancun - mówi jeden z urzędników WTO w Genewie. Dwa lata temu kraje WTO nie potrafiły się dogadać w meksykańskim kurorcie i proces zmniejszania barier handlowych wyhamował.

Najwięcej stracą ubodzy

Przepychanki w Genewie podczas ostatnich tygodni dowiodły jednak, że nawet osiągnięcie okrojonego porozumienia nie będzie łatwe.

Interesy gospodarcze Unii i USA mieszają się bowiem z politycznymi: Brazylia, Indie i Chiny walczą dziś nie tyle o bardziej korzystne warunki dostępu do rynków, ale o polityczny prestiż i uznanie ich na arenie międzynarodowej za potęgi nie tylko demograficzne czy rosnące ekonomiczne mocarstwa, ale również za ważnych graczy politycznych.

Właśnie dlatego minister spraw zagranicznych Brazylii Celso Amorim kreuje Brazylię na obrońcę krajów najbiedniejszych. Tymczasem na zerwaniu rundy - a do tego na razie zmierzają kroki podejmowane przez Brazylię - najbiedniejsze kraje świata mogą tylko stracić.

Gdyby porozumienie o bardziej swobodnym handlu weszło bowiem w życie, kraje ubogie miałyby pewność, że znikną dopłaty eksportowe - zmora rynków surowców rolnych na całym świecie. Te dopłaty, które dostają np. rolnicy w UE czy USA, powodują zaniżanie cen towarów rolnych na całym świecie. A w efekcie - kryzysy eksportowe w krajach najuboższych, których być albo nie być zależne jest często od ceny bawełny na światowym rynku (tak jest np. w Mali).

Co gorsza, kraje najuboższe miały gwarancję, że na mocy porozumienia w WTO nie będą zmuszane do szerokiego otwierania swych rynków (bo te są już i tak w większości otwarte). Miały tylko poprawić procedury w handlu zagranicznym, uprościć je, uczynić przejrzystymi.

Swe rynki mieli otwierać bogaci i kraje rozwijające się, i to miało pomóc w eksporcie z krajów biednych do zamożnych. Tak się jednak nie stanie, jeżeli runda rozwoju upadnie.

Stracą również - ale relatywnie najmniej - kraje zamożne. Eksport usług, na których im tak zależy, rośnie szybko - w ub.r. wartość eksportu usług na całym świecie przekroczyła 19 proc. wartości eksportu w ogóle. Jeżeli nie będzie ułatwień w tej dziedzinie handlu, firmy z krajów zamożnych zarobią mniej, niż mogłyby. Ale przetrwają na pewno - czego nie można powiedzieć o rolnikach z Mali, którzy na koniec rundy rozwoju czekają z niecierpliwością. Mogą go nie doczekać.

Koniec w Hongkongu?

Jeżeli podczas szczytu w Hongkongu nie uda się osiągnąć porozumienia, może się okazać, że WTO jest jedynie organizacją, która służy do dyskusji, ale nie potrafi wypracować porozumienia gospodarczego. A to oznacza sprowadzenie globalnego forum negocjacji gospodarczych - dziś najpotężniejszego i jedynego, które może podejmować wiążące decyzje na globalną skalę - do roli sądu arbitrażowego w sprawach handlowych.

To byłby początek negocjacji regionalnych - gdzie kraje zamożne zawsze uzyskają to, czego chcą, bo mają lepszą pozycję negocjacyjną. To z kolei oznacza krok wstecz w procesie globalizacji gospodarki.

Fiasko w Hongkongu to również policzek dla nowego szefa WTO Pascala Lamy'ego, który dwa lata wcześniej w Cancun jako unijny komisarz ds. handlu zdenerwowany nazwał WTO "organizacją średniowieczną, niezdolną do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, nie mówiąc już o decyzjach ważnych". Jego słowa mogą być prorocze.