Komentarz Ewy Siedleckiej

W tej sprawie nie wiadomo, co jest bardziej - używając modnego sformułowania - porażające. Czy masochistyczne zapamiętanie prokuratora Talarka w utrwalaniu w opinii publicznej skojarzenia swojego nazwiska i urzędu ze słowem "d..."? Czy kuchnia pracy prokuratury?

Dziesięć miesięcy drobiazgowego śledztwa, policja, prokuratura, dziesiątki świadków - a wszystko to kręci się wokół "pejoratywnego określenia podanego aczkolwiek w sposób czytelny, to w postaci zawoalowanej" (pisownia oryginalna).

Zważywszy na lingwistyczne kompetencje pani prokurator zajmującej się sprawą, obawy budzi brak w jej otoczeniu językoznawcy, który rozwikłałby semantyczne relacje słów "podupadły", "podły" i "d...". Ale może tę lukę uzupełni sąd, który będzie kolejną instancją pochylającą się nad "d...".

W tych okolicznościach przyrody wstyd nawet machać sztandarem wolności prasy. Za to w razie prawomocnego skazania dziennikarzy kupę radości będą mieli sędziowie Trybunału w Strasburgu. Już sobie wyobrażam to precedensowe orzeczenie "Łazarewicz vs Polska w sprawie d...". Na pewno przejdzie do historii - razem z nazwiskiem prokuratora i meandrami śledztwa specjalnej troski.

Tylko skóra cierpnie, kiedy się pomyśli, że prokuratura, pewnie na podobnym poziomie profesjonalizmu, prowadzi też inne śledztwa.