Madonny hołd muzyce disco

Świetny album Madonny "Confessions On A Dance Floor". Nowa płyta amerykańskiej gwiazdy to najbardziej konsekwentny i radykalny zwrot w kierunku muzyki tanecznej w jej całej dyskografii. - Wszystko już było - wydaje się mówić do nas Madonna. - Ale żyjemy przecież w czasach remiksów i coverów. Czy musimy się zatem przejmować, skoro możemy po prostu dobrze się bawić?

Jestem jak karaluch. Nie można się mnie pozbyć - śmiała się kiedyś w jednym z wywiadów. Bo jej umiejętność przetrwania w show-biznesie musi robić wrażenie. Pierwszy duży przebój "Holiday" wydała ponad 22 lata temu. Od tamtego czasu każdy jej krok wzbudza zainteresowanie mediów i fanów. Może nagrywać nieudane płyty, grać w filmach, które przynoszą milionowe straty - w ostatecznym rozrachunku Madonna i tak wychodzi na swoje. Do niej należały lata 80. Zawdzięczała to w dużej mierze muzyczno-obyczajowym prowokacjom, które przyćmiły jej muzykę.

Zakazana prowokatorka

Gdy w następnej dekadzie postanowiła udowodnić, że wciąż jeszcze potrafi zaskakiwać, poszła jeszcze dalej zarówno pod względem obyczajowych prowokacji, jak i muzycznej strony swojej działalności. Na początku lat 90. jej wideoklipy regularnie były zakazywane przez MTV ze względu na obecność w nich zbyt śmiałych scen erotycznych. Wydany przez nią w 1992 r. album fotograficzny "Sex" ocierał się o soft porno. Nie było poważnego krytyka, który nie zostawiłby na tym wydawnictwie choć jedną suchą nitkę - co nie przeszkodziło jej sprzedać wydanej w tym samym czasie płyty "Erotica" w nakładzie ponad 2 mln egzemplarzy.

Zresztą już od dobrych kilkunastu lat Madonna skutecznie udowadnia, że warto traktować ją poważnie nie tylko jako postać show-biznesu, ale także jako twórcę. Mniej więcej od wydania w 1990 roku singla "Justify My Love" (napisała go do spółki z cenionym rockmanem Lennym Kravitzem) pokazuje, że potrafi łączyć popową wrażliwość z nowymi, czasami mocno awangardowymi trendami. W latach 90. współpracowała między innymi z Björk i Massive Attack. Zresztą zawsze miała nosa do dobierania sobie odpowiednich współpracowników. Tam, gdzie jej samej brakuje pomysłów czy talentu, potrafi podeprzeć się odpowiednimi ludźmi. To także jedna z tych umiejętności, dzięki którym udaje jej się trwać tak długo w show-biznesie. Ostatnio otacza się głównie ambitnymi producentami muzyki tanecznej.

I dostaje to, czego chce. Wydany w 1998 r. album "Ray Of Light" nie tylko okazał się jednym z jej najlepiej sprzedających się wydawnictw, ale także zebrał znakomite recenzje krytyki. Madonna mogła triumfować. Wreszcie doczekała się uznania jako twórca.

- Wiem, że nie jestem najlepszą wokalistką czy tancerką - mówi o sobie. Nie jest też wybitną aktorką. Większość jej ról to katastrofa, większość filmów z jej udziałem - finansowe porażki. Ale i na tym polu udało jej się odnieść sukces. Za rolę Evy Peron w filmie "Evita" Alana Parkera z 1996 r. dostała Złoty Glob.

Z mężem na wsi

Po kilku lepszych latach trochę spasowała. Płyty wydane po "Ray Of Light" spotykały się już z bardziej ostrożnym przyjęciem. Role filmowe, które realizowała po "Evicie", znów nie wzbudzały entuzjazmu krytyków. Zachwiał się nawet mit Madonny jako genialnej bizneswoman. Kierowana przez nią firma płytowa Maverick (wydawała między innymi płyty Alanis Morissette i Prodigy) weszła w spór ze swym współwłaścicielem, koncernem Warner Music. Podobno przynosiła zbyt duże straty.

Madonna niewiele sobie z tego robiła. Ona, do niedawna skandalistka show-biznesu numer jeden, teraz jest przykładną matką i żoną. Kupiła z mężem, brytyjskim reżyserem Guyem Richiem, posiadłość na angielskiej wsi, w której wychowuje dwoje dzieci - córkę Lourdes i syna Rocco. Pisze książki dla dzieci, chętnie opowiada w wywiadach o urokach brytyjskiego wiejskiego życia, a największą sensacją, jakiej w ostatnich latach dostarczyła prasie, był jej wypadek podczas jazdy konno.

Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie szykowała jakiejś niespodzianki. A za taką można z całą pewnością uznać album "Confessions On A Dance Floor".

Najlepszy singiel od lat

Muzyka taneczna zawsze była obecna w jej twórczości. Chociaż była postrzegana jako gwiazda pop, zaczynała karierę w nowojorskich klubach disco. Zawsze wykorzystywała w swoich nagraniach elementy różnych stylów tanecznych. Radykalnego zwrotu ku takiej stylistyce dokonała na wspomnianym już "Justify My Love". Ukłonem w stronę house'u była płyta "Erotica", przeglądem klubowych trendów - zrealizowany do spółki z Williamem Orbitem "Ray Of Light". Na płycie "Music" z 2000 r. rozpoczęła współpracę z francuskim mistrzem tanecznego minimalizmu Mirvaisem Ahmadzaiem.

Nigdy jednak nie nagrała albumu tak konsekwentnie i jednoznacznie tanecznego jak "Confessions On A Dance Floor". Nie przypadkiem pudełko albumu zdobi nalepka głosząca, że Madonna zabiera nas na "non stop, all-dance, tour de force". To kilkadziesiąt minut zmiksowanej w jedną całość muzyki, która bardziej przypomina didżejski set niż album gwiazdy pop.

Płytę otwiera "Hung Up", najlepszy chyba singel Madonny od lat. Trudno, aby było inaczej, skoro piosenka opiera się na kapitalnym fragmencie przeboju Abby "Gimme Gimme Gimme". Charakterystyczny instrumentalny motyw w połączeniu z bardzo energetycznym, nowoczesnym rytmem ruszy największego ponuraka. Taki początek trudno przebić i faktycznie, później na płycie rzadko kiedy bywa aż tak ekscytująco. Ale na pewno czai się tu kilka kolejnych potencjalnych przebojów, jak na przykład "Sorry" czy "Get Together". Są też utwory nieco ambitniejsze, takie jak "Push" czy "Like It Or Not", w których taneczna łupanka ustępuje bardziej wyrafinowanym rytmom i klimatom.

Zaskakująco ciekawie robi się chwilami również w tekstach. Co prawda "Hung Up" to typowo piosenkowa opowieść o zerwaniu z ukochanym. Prosta i idealnie dopasowana do tak przebojowego singla. Ale już "I Love New York" to - jak wynika z samego tytułu - hymn na cześć tego miasta. "Kocham Nowy Jork" - deklaruje w nim Madonna. "A jak wam się to nie podoba, możecie się odp...". Równie zdecydowanie wypowiada się w "Like It Or Not", bardzo jednoznacznej deklaracji wiary w siebie i swoje poczynania: - Możecie mnie lubić lub nie, jak i tak będę robić swoje.

Najciekawszym tekstowo utworem na płycie jest "Issac". To refleks zainteresowania Madonny kabałą i jej związku z modnym ostatnio w hollywoodzkim światku Kaballah Center. Poświęcona XVI-wiecznemu mistykowi Izaakowi Lurii piosenka wywołała już protesty ortodoksyjnych środowisk żydowskich.

Od Abby do Madonny

To tylko płyta pop. Ale Madonnie udaje się powiedzieć na niej parę ciekawych rzeczy. Po pierwsze, to nieprzypadkowy hołd złożony kulturze klubowej. Być może nie jest ona już tak żywotna i znacząca jak dziesięć lat temu, ale to właśnie ona wyznacza najnowsze trendy w popkulturze. W "Hung Up" jest taki moment, gdy pulsujący rytm przepuszczony przez filtry sprawia, że piosenka zaczyna brzmieć tak, jakby docierała do nas zza ściany. Chwilę potem powoli narasta, aby znów eksplodować pełną energią. - Popatrzcie, jak ekscytujące potrafi być to doświadczenie, gdy wchodzicie do klubu w momencie, gdy dobry didżej podrywa do tańca setki ludzi - mówi Madonna.

Po drugie, album jest mniej lub bardziej zawoalowaną wycieczką w przeszłość muzyki rozrywkowej. "Hung Up" oparte jest na przeboju Abby. Ale to nie wszystko. Madonna - tym razem głównie we współpracy ze Stuartem Price'em - swobodnie cytuje rozmaite style, które w ostatnim ćwierćwieczu rozbrzmiewały na klubowych parkietach: house, techno, disco. Sięga też po nawiązania rockowe - w "I Love New York" swobodnie miesza taneczny rytm z riffem przypominającym "I Wanna Be Your Dog" The Stooges. Pozwala sobie również na autocytaty. Bo czy melodyka lub aranżacje smyczków w "Sorry" czy "Let It Will be" nie przywołują na myśl jej przeboju "Papa Don't Preach"? Czy "Isaac" nie jest bardziej taneczną wersją "Frozen"? Czy refren w "Push" nie nawiązuje delikatnie do "Like A Prayer"?

Która płyta Madonny jest Twoim zdaniem najlepsza?