Zamieszki na początek 4. Szczytu Ameryk w Mar de Plata

Ponad 40 tysięcy ludzi demonstrowało w piątek na ulicach argentyńskiego kurortu przeciw wizycie prezydenta USA George'a Busha. Konferencja może stać się areną ideologicznego pojedynku dwóch polityków aspirujących do roli regionalnego lidera - Busha i wenezuelskiego populisty Hugo Chaveza

Do argentyńskiego kurortu Mar de Plata zaproszeni zostali przywódcy wszystkich demokratycznych państw obu kontynentów amerykańskich i Karaibów. Z zaproszenia nie skorzystali - bez podania powodu - prezydenci Panamy i Hondurasu. Zabraknie też oczywiście Fidela Castro, który jako jedyny dyktator regionu zaproszenia nie otrzymał.

32 obecni w Mar de Plata przywódcy mają dwa dni na przyjęcie wspólnej deklaracji i planu działania, który - jak obiecuje George Bush - powinien sprawić, że XXI wiek stanie się "Wiekiem Ameryk". Hasło szczytu: "Tworzyć miejsca pracy, aby walczyć z biedą i wzmacniać demokrację" jest tak banalne, że nie można się z nim nie zgodzić. Kryją się jednak za nim potężne konflikty i wiele dalekich od rozwiązania problemów obu Ameryk. Tak wielkich, że w piątek nikt nie był w stanie przewidzieć, czy szczyt zakończy się sukcesem.

Na początek konflikt o FTAA

Najwięcej emocji wśród dyplomatów budzi amerykańska chęć rozszerzenia NAFTA, czyli północnoamerykańskiej strefy wolnego handlu, aż po Ziemię Ognistą. FTAA - bo tak nazywa się liczące już ponad dziesięć lat marzenie waszyngtońskiej administracji - dla wielu lewicowych przywódców państw Ameryki Południowej jest projektem, który tylko doprowadziłby do pogłębiania się różnic między biednymi i bogatymi i trzeba o nim definitywnie zapomnieć. Dla przywódcy Wenezueli Hugo Chaveza FTAA jest wręcz planem nowej kolonializacji Ameryki Łacińskiej. Ali Rodriguez, szef wenezuelskiej dyplomacji, już zapowiedział, że jego kraj sprzeciwi się umieszczaniu jakiejkolwiek, nawet najmniejszej wzmianki o amerykańskim planie w końcowym dokumencie. Wenezuela poprze natomiast meksykański plan wpisania do dokumentu obowiązku przestrzegania praw pracowniczych emigrantów bez względu na to, czy mają zezwolenie na pracę, czy też nie. Meksykowi chodzi przede wszystkim o osiem milionów swoich obywateli przebywających nielegalnie w USA. Waszyngton na taką deklarację nie chce się zgodzić. Latynoamerykańscy politycy uważają, że Stany Zjednoczone, jeśli rzeczywiście chcą pomóc w rozwoju kontynentu, powinny skupić się np. na redukcji subsydiów do produkcji rolnej i jej eksportu. Waszyngton nie chce jednak nawet o tym w Mar de Plata rozmawiać, twierdząc, że forum do dyskusji na ten temat jest Światowa Organizacja Handlu, a nie szczyt kontynentalny.

Atmosfera konfrontacji jest tak silna, że nawet promowana przez Biały Dom idea rezolucji potępiającej terroryzm budzi kontrowersje. Latynoamerykańscy politycy, z których niektórzy mają za sobą lewicowo-partyzancką przeszłość, nie do końca zgadzają się bowiem z waszyngtońską definicją aktów terroru.

Kto zaprasza Ahmedinedżada

Szczyt w Mar de Plata to dla wielu obserwatorów pojedynek o ideowe przywództwo Ameryki Łacińskiej, kontynentu, który przez wiele dekad był teatrem marionetek. Za większość sznurków pociągano w Waszyngtonie. Brutalność proamerykańskich reżimów, towarzysząca im korupcja, nepotyzm, oddawanie za bezcen eksploatacji naturalnych bogactw zagranicznym kompaniom i ultraliberalizm gospodarczy sprawiły, że w demokratycznych wyborach w regionie wygrywać zaczęli lewicowi i mniej lub bardziej otwarcie antyamerykańscy politycy. Ameryka Łacińska, zwłaszcza jej południowa część, przestała w ostatnich latach być strefą amerykańskich wpływów. Do amerykańskich sojuszników na kontynencie zaliczyć można już chyba tylko Peru, Ekwador, Paragwaj i Kolumbię. Większość pozostałych - na czele z Wenezuelą - marzy o jak największym uniezależnieniu się od Waszyngtonu. Politycznym i gospodarczym. I to za cenę zawierania ryzykownych aliansów z państwami arabskimi, Chinami, czy Iranem. To ostatnie państwo na pewno zresztą pojawi się podczas dyskusji w Mar de Plata. Amerykanie są bowiem bardziej niż zaniepokojeni wenezuelskim projektem budowy reaktora atomowego i zapowiedzianej współpracy w tej dziedzinie m.in. z Iranem. Bush będzie pewnie też chciał odwieść prezydenta Urugwaju Tabaré Vazqueza od pomysłu zaproszenia do Montevideo nowo wybranego prezydenta islamskiej republiki. Mahmud Ahmendinedżad - ten sam, który kilka dni temu opowiadał się za zmieceniem Izraela z powierzchni ziemi - ma przyjechać na konferencję Mercosur, handlowego bloku państw południowoamerykańskich... jako gość honorowy!

Szczyt Ludów z "Bogiem" Maradoną

Szczyt w Mar de Plata nie obędzie się oczywiście bez antyamerykańskich wystąpień. Na stadionie położonym kilkaset metrów od centrum miasta, w którym dyskutują prezydenci, trwa powiem "Szczyt Ludów". Bierze w nim udział blisko 10 tysięcy antyglobalistów z obu Ameryk i pozostałych kontynentów. On także ma swoje gwiazdy - z Buenos Aires na czele marszu protestujących przeciw obecności Busha przybył argentyński "Bóg" Maradona, który podczas swych kilkukrotnych kuracji odwykowych na Kubie zdążył się zaprzyjaźnić z Castro. W piątek pozował do zdjęć w Mar de Plata z transparentem "Bush faszysta, Bush terrorysta". Emerytowanego piłkarza nazywającego amerykańskiego przywódcę "ludzkim śmieciem" ideologicznie wesprą też Ricardo Alarcon - przewodniczący kubańskiego parlamentu, popularny w całym hiszpańskojęzycznym świecie bard Silvio Rodriguez, wielokrotny mistrz świata w skoku w wzwyż Javier Sotomayor i... bośniacki reżyser Emir Kusturica.

Największe zamieszanie wzbudzić może jednak gość zza drugiej strony policyjnych kordonów w Mar de Plata. Spotkanie z "prawdziwymi ludźmi" zapowiedział bowiem Hugo Chavez. Jego populistyczne hasła o zjednoczonej Ameryce Łacińskiej zasilanej wenezuelską ropą i boliwijskim gazem jako przeciwwadze dla hegemonii Stanów Zjednoczonych stają się coraz bardziej popularne. Zwłaszcza wśród milionów bezrobotnych czy żyjących w skrajnym ubóstwie mieszkańców kontynentu.