"New York Times" atakuje swoją dziennikarkę

Wielkie pranie brudów w najsłynniejszej gazecie świata. Kierownictwo "New York Timesa" atakuje swoją dziennikarkę, która spędziła prawie trzy miesiące w więzieniu. A jeszcze niedawno czyniło z niej wzór dziennikarza walczącego o wolność prasy

Judith Miller, reporterka "New York Timesa", która przesiedziała prawie trzy miesiące w więzieniu za odmowę ujawnienia sądowi nazwiska tajnego informatora, jeszcze w ubiegłym tygodniu odbierała nagrodę za walkę w obronie wolności prasy od Stowarzyszenia Zawodowych Dziennikarzy. Przez rzesze zwolenników, w tym własnych szefów, była wynoszona pod niebiosa za pryncypialną obronę prawa dziennikarzy do utrzymania w tajemnicy źródeł informacji.

Dziś naczelny dziennika przyznaje w liście do pracowników "NYT", że Miller "wprowadziła w błąd" kierownictwo gazety. Że gdyby powiedziała mu całą prawdę, gazeta być może w ogóle nie pomagałaby jej w sporze z prokuratorem i sądem. Redaktor pełniący w "NYT" funkcję "rzecznika czytelników" wyraźnie napisał, że nie wyobraża sobie powrotu Judith Miller do pracy.

Gwiazda w tarapatach

Miller była do niedawna jedną z największych gwiazd "NYT". Zdobyła Pulitzera za cykl artykułów o walce z al Kaidą po 11 września, jest autorką niezliczonych ekskluzywnych tekstów na pierwszej stronie gazety oraz kilku książkowych bestsellerów. W 2002 i 2003 roku Miller opublikowała kilkanaście artykułów na temat irackiej broni masowego rażenia.

Działo się to w momencie, gdy administracja Busha przekonywała, że tylko siłą można odebrać Saddamowi arsenały broni chemicznej, biologicznej i nuklearnej. Teksty Miller - często na pierwszej stronie - powoływały się na źródła w Białym Domu, Pentagonie, CIA oraz informacje od irackich emigrantów.

Dziś wiadomo, że głównym informatorem Miller był w tamtym czasie Ahmed Szalabi, faworyt waszyngtońskich neokonserwatystów, którzy szykowali go na nowego przywódcę Iraku. Szalabiemu zależało więc na wojnie i "życzliwie" podtykał administracji i dziennikarzom rzekomo supertajne informacje o składach irackiej broni masowego rażenia, których po prostu nie było.

W maju 2004 roku redakcja "NYT" przeprosiła czytelników za serię artykułów, które podawały nieprawdę o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia. Nie wymieniono jednak nazwiska Judith Miller, choć większość tekstów była jej autorstwa. Głosy wielu komentatorów, głównie lewicowych, ale także samych dziennikarzy "NYT", by Miller zwolnić z pracy, zignorowano. Przeciwnicy wojny w Iraku nigdy jednak tych artykułów jej nie wybaczyli. To dlatego czołowa felietonistka "NYT" Maureen Dowd zjadliwy artykuł o Miller w sobotnim wydaniu zatytułowała "Kobieta masowego rażenia".

Afera z agentką

Obecna afera z udziałem Miller zaczęła się od orędzia o stanie państwa wygłoszonego przez George'a Busha w lutym 2003 roku.

Prezydent, przygotowując grunt pod inwazję na Irak, oskarżył wówczas Saddama Husajna, że próbował kupić uran w afrykańskim Nigrze i że jest to dowód na rozwój irackiego programu budowy broni masowego rażenia.

Kilka miesięcy później były ambasador USA w kilku krajach Afryki Joseph Wilson napisał artykuł dla "NYT", w którym ujawnił, że wiele tygodni przed przemówieniem Busha został wysłany z misją do Nigru, by sprawdzić doniesienia o uranie dla Saddama, i okazały się one nieprawdą. Wilson oskarżył Biały Dom o celowe wyolbrzymianie irackiego zagrożenia wbrew dostępnym, również dostarczonym przez niego, informacjom i dowodom. Wybuchł skandal, gdyż publiczne oskarżenia osoby z kręgu administracji pod adresem prezydenta w epoce George'a Busha zdarzają się bardzo rzadko.

Biały Dom był więc wściekły na Wilsona.

I właśnie wtedy do kilku dziennikarzy doszedł przeciek z Bialego Domu: Wilsonowi nie ma co ufać, gdyż jego misja w Nigrze i niby-sprawdzanie informacji o irackich zakupach były tylko wygodną przykrywką dla pracy w tym kraju jego żony Valerie Plame, cenionej tajnej agentki CIA, tropiącej przypadki handlu materiałami nuklearnymi.

Informację dyskredytującą Wilsona zdobyła dla "NYT" Judith Miller.

Prokuratorowi i sądowi odmówiła ujawnienia nazwiska informatora. Powoływała się na obowiązek utrzymania dziennikarskiej tajemnicy, gdyż obiecała to swojemu źródłu. Za tę odmowę spędziła w więzieniu 85 dni.

W ostatnich tygodniach, gdy jasne się stało, że prokurator wystąpi o przedłużenie aresztu na kolejne miesiące, adwokaci Judith Miller skontaktowali się z jej źródłem. Był nim Scooter Libby, jeden z najbliższych ludzi wiceprezydenta Dicka Cheneya i jedna z szarych eminencji Białego Domu.

Libby stwierdził, że z własnej, nieprzymuszonej woli zwalnia dziennikarkę z obowiązku zachowania tajemnicy. - Jestem gotowa zeznawać - oświadczyła wtedy Miller.

Prokurator, który ją przesłuchiwał, prowadzi śledztwo w sprawie nielegalnego przecieku, jakim było ujawnienie, że Valerie Plame jest z CIA. Podejrzewa się, że uczynili to Libby oraz główny doradca i architekt zwycięstw wyborczych prezydenta Busha Karl Rove. Dlaczego? Chcieli niejako odegrać się na publicznie atakującym Busha mężu Plame ambasadorze Josephie Wilsonie. We wtorek "NYT" ujawnił, że z notatek Libby'ego, które są w posiadaniu prokuratora, wynika, że o Plame powiedział mu sam wiceprezydent Cheney.

Do końca tego tygodnia ma się okazać, czy prokurator postawi kogoś przed sądem. Bardzo prawdopodobne jest postawienie w stan oskarżenia Libby'ego. Być może także Karla Rove'a. Byłoby to ciężkim ciosem w prezydenta, bo w Białym Domu żadna inicjatywa polityczna nie przechodzi bez udziały Rove'a - autora sukcesów wyborczych Busha, speca od czarnego PR-u, nazywanego nawet "mózgiem Busha".

Winy Judith Miller

Przez wiele miesięcy "NYT" stał murem za reporterką. Wydał kilka milionów dolarów na koszty prawne - zamiast przeprowadzić staranne redakcyjne śledztwo - i to będąc w trudnej sytuacji finansowej (spadek dochodów z reklam spowodował zwolnienie we wrześniu z koncernu - oprócz "NYT", cztery dzienniki i kilka radiostacji - 500 osób). Gazeta opublikowała co najmniej 12 komentarzy redakcyjnych oraz felietonów w obronie Miller, i, jak dziś zarzucają sceptycy, żadnego podającego w wątpliwość intencje reporterki. Mimo że wątpliwości mieli niemal wszyscy dookoła.

Dziś kierownictwo gazety zarzuca Miller, że poszła na zbyt daleko idącą współpracę z Libbym, wykraczającą poza normalne kontakty dziennikarz - tajny informator. Zapewniała swoich szefów, iż ujawnienie tożsamości agentki nie było żadną grą ludzi Białego Domu. Na dodatek zgodziła się, by Libby występował w jej artykule jako "były urzędnik Kongresu", a nie człowiek Białego Domu.

Teraz szefowie "NYT" są pewni, że Miller od dawna zdawała sobie sprawę, że jest uczestnikiem gry, jaka prowadzi Libby. A mimo to postanowiła zostać "heroiną wolności prasy", i pójść do więzienia. Postawiła gazetę w sytuacji, w której trudno było odmówić pomocy reporterce, zmuszanej do ujawnienia anonimowego źródła.

Zespół "NYT" się podzielił. Wielu reporterów publicznie i prywatnie mówiło, że Miller, zbytnio ufając grającym z nią politykom, zatraciła dziennikarskiego nosa, przyjmowała bez refleksji podawane jej na tacy informacje. Zaś mający ją nadzorować redaktorzy niczego nie nadzorowali.

Dziennikarze mówią dziś, że obrona anonimowego źródła jest rzeczą cenną, ale tylko wtedy, gdy służy dobru czytelników. A w sytuacji Libby'ego na pewno tak nie było. Jej sprawa zamiast więc wspierać argumenty dziennikarzy walczących o wolność prasy, raczej im szkodzi.

Kongres akurat rozważa uchwalenie ustawy dającej dziennikarzom bezwzględne prawo do utrzymania tajemnicy (prawo takie obowiązuje w wielu stanach, jednak w sprawie Miller chodzi o śledztwo federalne). I teraz losy, a przede wszystkim kształt ustawy, są bardzo niepewne.

Nie tylko "New York Times"

"NYT" nadal pozostaje najważniejszą amerykańską gazetą, marką rozpoznawaną na całym świecie i czytaną uważnie we wszystkich stolicach. Jednak afera z udziałem Judith Miller to kolejny cios w reputację dziennika.

Zaledwie dwa lata temu doszło do skandalu z udziałem reportera "NYT" Jaysona Blaira. Opublikował on kilkadziesiąt artykułów na podstawie sprytnie zmyślonych lub skopiowanych z innych źródeł informacji. Blair przysyłał do redakcji korespondencję i wywiady z całego kraju, nie ruszając się z domu i z nikim nie rozmawiając.

Po skandalu "NYT" wprowadził wiele reform, zmieniło się całe kierownictwo gazety. Utworzono instytucję ombudsmana - rzecznika czytelników, który w cotygodniowym raporcie analizuje i krytykuje wpadki dziennikarzy i kierownictwa redakcji. Zmieniono też zasady używania anonimowych źródeł. Dziś, by dziennikarz "NYT" powołał się na anonimowe źródło, musi mieć na to za każdym razem zgodę kierownika swojego działu i przynajmniej jednego wicenaczelnego gazety. Tyle tylko, że zmiany te wprowadzono dużo później, niż Judith Miller zjadła dwa razy śniadanie ze Scooterem Libbym.

Sprawa Judith Miller to przynajmniej trzeci w ciągu ostatnich 12 miesięcy przypadek, gdy nieprawidłowości i skandale w wielkich amerykańskich redakcjach przyciągają uwagę Ameryki. Rok temu prestiżowy program telewizji CBS "60 minutes" przedstawił dokumenty oskarżające walczącego wówczas o prezydenturę George'a Busha o zdezerterowanie w młodości ze służby wojskowej. Niemal następnego dnia okazało się, że były one bardzo nieudolnie sfałszowane. W efekcie skandalu na emeryturę przeszedł największy gwiazdor CBS, prowadzący program Dan Rather.

W maju tygodnik "Newsweek" - kolejna wielka instytucja amerykańskiej prasy - opublikował fałszywą informację o tym, że w więzieniu Guantanamo amerykańscy strażnicy wrzucali Koran do toalety. Artykuł oparty na jednym anonimowy źródle wywołał zamieszki w krajach muzułmańskich, w których zginęło przynajmniej 17 osób, a setki zostały rannych.

Wszystkie te sprawy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Różne są ich przyczyny, różni bohaterowie, różne konsekwencje. Łączy je jednak odbiór opinii publicznej, która widzi następne skandale w kolejnych szanowanych dotąd redakcjach.

Cierpi reputacja wszystkich mediów. Według badań Instytutu Gallupa tylko 45 proc. Amerykanów wierzy w rzetelność prasy. W 1974 roku, po ujawnionej przez dziennikarzy aferze Watergate, w rzetelność dziennikarzy wierzyło 69 proc. opinii publicznej.

Niknie też coraz bardziej podział mediów na te rzetelne, o nieposzlakowanej reputacji, prawdziwe instytucje wolnej prasy, i te stronnicze, rażące nieobiektywnością, personalnymi atakami. Spadają nakłady gazet (2-3 procent w ciągu ostatniego roku, ale jest to zjawisko ogólnoświatowe). Rośnie popularność jednostronnych blogów internetowych, stacji talk-radio i kablowych kanałów TV, takich jak Fox News Channel, prezentujących politykę jako raczej bijatyki słowne, w których ostatnie słowo zawsze należy do prowadzącego, zwykle jednoznacznie prawicowego komentatora.

Kolejne skandale w "NYT", "Newsweeku" czy CBS tylko ten trend wzmocnią.