Impreza porodowa

Nowa moda! Ciężarne Amerykanki zapraszają na poród znajomych z pracy i na salach porodowych urządzają imprezy z didżejami. Kiedy to dotrze do nas?

Sarah! Sarah! Sarah! - krzyczeli zgromadzeni na sali porodowej znajomi 46-letniej Sarah Sosa, gdy ta w bólach i krzykach wydawała na świat synka Jacoba. Gdy było już po wszystkim, a Jacob leżał na brzuszku mamy, cała piętnastka znajomych z pracy Sarah zaczęła odśpiewywać "Sto lat!". Potem wszyscy dużymi nożycami odcięli symbolicznie pępowinę. Wszystko działo się na początku roku w centrum zdrowia dziecka w Santa Monica. Dziś ginekolodzy i położnicy na świecie uznają, że właśnie wtedy tabu porodowe zostało złamane. Wcześniej rodzącym kobietom asystowali co najwyżej partnerzy. A tu mama po raz pierwszy zrobiła w trakcie porodu imprezę dla znajomych! I to z poczęstunkiem na ciepło, tortem i szampanem. Program imprezy dogadała z personelem szpitala, kiedy była jeszcze w siódmym miesiącu. Potem już tylko czekała na skurcze i rozesłała SMS-y: "To już! Wpadajcie na imprezę!".

Jak to się stało, że szpital zgodził się na ten wariacki pomysł Sarah? - Najpierw uznałem to za śmieszny kaprys, ale po zapoznaniu się z opiniami psychologów doszedłem do wniosku, że w jej przypadku niezbędne będzie wsparcie znajomych z pracy. Jest z nimi bardzo zżyta - mówi dr Erwin Heris, szef porodówki w szpitalu w Santa Monica. Informacja o pierwszej "imprezie porodowej" szybko rozeszła się po mieście i całych Stanach. Zaczęły zgłaszać się kolejne chętne, a szpital szybko zrozumiał, że organizacja "birthing parties" może być źródłem zarobku. Dziś blisko 20 szpitali w USA oferuje "imprezy porodowe", a ok. 350 Amerykanek już z nich skorzystało. Impreza porodowa dla dziesięciu osób kosztuje ok. 1,6 tys. dol. Nowa moda dotarła już do Europy. W tym tygodniu pierwsza "impreza porodowa" odbyła się w Londynie. Kiedy moda dotrze do Polski?

W polskich szpitalach nie chcą o tym słyszeć. - U nas mama może wskazać z rodziny czy znajomych jedną, dwie osoby, które chce mieć przy sobie, ale poród to nie teatr - mówi Tadeusz Trędota, dyrektor szpitala ginekologiczno-położniczego przy ul. Karowej w Warszawie.

Według niego obecność takich osób wymagałaby konieczności zrobienia im badań lekarskich i dezynfekcji. - Mama i tata mają podobną florę bakteryjną jak dziecko, ale już znajomi inną. Nawet lekkie przeziębienie może źle wpłynąć na zdrowie noworodka, który jest jeszcze nieszczepiony - mówi Trędota. - Zawsze jest ryzyko, że w trakcie porodu wynikną komplikacje - płód się zaklinuje, straci tętno. Nie wyobrażam sobie, aby w takiej sytuacji dookoła łóżka porodowego bawił się tłum ludzi. Oni wpadliby w panikę, a to nie pomogłoby położnej, która właśnie walczy o życie matki i dziecka - dodaje lekarz.

- Nigdy bym się nie zgodziła na taki poród. To niebezpieczne i dla dziecka, i dla matki. Niewiele trzeba, by radosna impreza związana z narodzinami przerodziła się w stypę. I co wtedy? Kto ponosiłby odpowiedzialność? Zabawowa mama, która nalegała, by zrobić z porodu przyjęcie, czy lekarz, któremu zatrzęsły się ręce? Dyrekcja szpitala, która wyraziłaby zgodę na takie porody, wykazałaby skrajną nieodpowiedzialność - twierdzi dr Wiesława Rogala z Prywatnego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego w Poznaniu.

Dr Trędota uważa też, że powód, iż w Polsce długo jeszcze nikt nie zaprosi nas na "imprezę porodową", jest prozaiczny: - Sale porodowe w polskich szpitalach są za małe.

Odpowiedzią na ten argument mogą być słowa dr. Herisa w wywiadzie dla "Los Angeles Times": "Fundusze, które szpital zarabia na organizacji "imprez porodowych", teraz pokrywają powiększanie i modernizację sal porodowych. Jesteśmy zadowoleni - coraz więcej kobiet wybiera właśnie nasz szpital na miejsce porodu".