Dlaczego Tusk nie wygrał?

W ciągu kilku dni wymknęło się Tuskowi niemal pewne zwycięstwo. Jak do tego doszło?

Jeszcze w przedwyborczy piątek stawialiśmy w "Gazecie" na remis. W cytowanym wtedy sondażu Tusk jeszcze przeważał, ale - jak pisaliśmy - "jeśli wzrost notowań Kaczyńskiego będzie trwał, może on dogonić Tuska. Kampania trwa".

I rzeczywiście trwała. Tuż przed II turą, podobnie jak przed I, Tusk stracił ładnych kilka procent poparcia. W I jeszcze wygrał, w II już nie.

Zadecydowała końcówka kampanii, forma obu kandydatów. Pomógł przypadek.

Bomby dla Kaczyńskiego?

W przedwyborczy czwartek doszło w Warszawie do nibyterrorystycznego ataku. Do podłożenia 13 bomb atrap przyznały się nieznane nikomu środowiska homoseksualne, podpisujące się "Gay Power - Silny Pedał", rzekomo w reakcji na homofobiczną politykę Kaczyńskiego.

Nawet takie zdarzenie mogło mieć pewien wpływ na notowania. Widok sparaliżowanego miasta i pedantycznie ponumerowanych "bomb" powiększył lęk Polaków przed terroryzmem, a prezydent Warszawy wystąpił w roli szeryfa. Ujawniło się zagrożenie ze strony "homoseksualistów". Niezdecydowani zyskali powód, by głosować na tego, który obiecuje porządek i moralne zdrowie.

Oskarżony o liberalizm

Kluczowy był - zgadzam się z wieloma analizami - inny argument, którym Kaczyński wywijał jak cepem: Tusk jest "liberałem", "reprezentuje tylko interesy bogatych Polaków, zwykli ludzie na jego prezydenturze stracą". Z takim oskarżeniem w sondażu "Gazety" zgodziło się 69 proc. wyborców Kaczyńskiego i - o zgrozo - aż 11 proc. wyborców Tuska.

W dwóch ostatnich debatach TV Kaczyński powtarzał swoje, np. że pomysłem Platformy na służbę zdrowia jest leczenie w zależności od grubości portfela. I tu wykonał gest, jakby odliczał pieniądze.

Tusk nie potrafił odpowiedzieć na perfidny epitet "eksperymentu liberalnego", bo trudno w ogniu kampanii wykładać zasady wolnego rynku. Cep robił swoje, zwłaszcza ludzie prostsi, mniej wykształceni, starsi, ze wsi przestraszyli się eksperymentu, którego mieliby paść ofiarą. Tym bardziej że straszył ich nie jakiś oszalały Lepper czy Macierewicz, ale kulturalny, cedzący słówka, dobroduszny profesor.

To raczej lęki socjalne niż nadzieja na radykalne zmiany ustrojowe zdecydowały o zwycięstwie Kaczyńskiego.

Radykalne zmiany nie wywołują zresztą aż takiego entuzjazmu. W sondażu "Gazety" aż 19 proc. zwolenników Kaczyńskiego uznało swego bohatera za pazernego - razem z bratem - na władzę, a 27 proc. obawia się, że "zacznie wszystkich rozliczać i wzywać przed komisje śledcze, co zagrozi demokracji".

I co? I nic. Kolejny raz się okazało, że w masowej skali lęki socjalne liczą się bardziej niż strach o demokrację.

Wciąż w defensywie

Tusk, cały czas atakowany, w kółko się tłumaczył. Po I turze ktoś mu pewnie doradził strategię jak w dżudo: puścić atak bokiem. Podkreślał, że on stawia na narodową zgodę, jak kolejny prezydent wszystkich Polaków. W teledebatach w czwartek i piątek Tusk przebił się jednak na drugą stronę: bronił się niemrawo, co i raz znajdował wspólne poglądy z Kaczyńskim. Miało to rozbroić podziały, które tworzył Kaczyński, ale efekt był inny: nie wiadomo, o co temu Tuskowi chodzi i czy on w ogóle chce zostać prezydentem?

Tusk może czuć się moralnym zwycięzcą, bo grał czyściej, ale kampania nie premiuje czystych. Kaczyński faulował z miną niewiniątka.

Przegrał na osobowości

Tusk robił sztuczne wrażenie, choć Kaczyński też grał przecież wyborczą rolę - trudno uwierzyć, że inteligentny człowiek wierzy w takie rzeczy. Ale mimo to był jakoś autentyczny, wiarygodny, jak człowiek, z którym na przystanku da się pogadać o tym, co z tą Polską. A Tusk był wykreowany.

I ludzie to dostrzegali. Aż 69 proc. wyborców Kaczyńskiego uznało, że "Tusk jest gładki, miły, ale tak naprawdę nie ma poglądów". Katastrofą dla kandydata PO było, że ten pogląd podzielało 22 proc. jego zadeklarowanych wyborców. Może część zmieniła zdanie z tego powodu?

Oczywiście, łatwo teraz krytykować! Tusk nie ujawniał liberalnych przekonań, gdyż obawiał się - pewnie słusznie - że wielu ludzi nie przyjmie wywodów o wolnym rynku, który kiedyś poprawi sytuację także uboższych obywateli. Ale co mógł zrobić innego, niż tłumaczyć, jak jest?

Zresztą gdy przegrał, Tusk odzyskał prawdziwą twarz. Szczerze zmartwiony, ale nie załamany, z pasją wyraził swe credo - obronę wolności obywatelskich. Wreszcie polityk całą gębą.

Zawiodła lojalność

Tusk robił wrażenie, jakby chciał tylko dowieźć do mety przewagę z I tury. Nie udało się: w II opuściło go aż 360 tys. wyborców (patrz wykres). Kaczyńskiego - tylko 122 tys.

Walka o zwycięstwo rozstrzygnęła się gdzie indziej - wśród 1844 tys. wyborców, którzy poszli do II tury, a nie głosowali w I. W sondażach większość nowych deklarowała, że poprze Tuska, ostatecznie 55 proc. głosowało na Kaczyńskiego.

Ryszard Pieńkowski z PBS uważa, że znaczenie miało też uderzenie dziadkiem z Wehrmachtu, choć w proniemieckość Tuska uwierzyło ponad 20 proc. wszystkich i nawet 6 proc. wyborców Tuska. Może mieć rację: to kiełkujące podejrzenie, perfidnie zatruwające umysł, mogło zachwiać pozycją lidera Platformy.

Kolejny, mocno wątpliwy tytuł do chwały dla prezydenta Kaczyńskiego.

Nie kupczył głosami

Kaczyńscy walczyli bez pardonu. Umizgi do Leppera i LPR, komplementowanie Radia Maryja (ostatniej przed ciszą nocy Marek Jurek życzliwie wysłuchiwał kolejnej nagonki na Tuska), a nawet życzliwość... Adama Gierka - tak ciułali głosy.

Chluby to nie przynosi, ale opłaciło się: w II turze ponad półtora miliona wyborców Leppera głosowało na Kaczyńskiego, do tego doszło 160 tys. głosów Kalinowskiego.

Tusk nie zrobił nic, by zatrzymać migrację lepperystów do rywala, wręcz przeciwnie - nazywając po imieniu Leppera, ostatecznie ich przekonał, co mają robić.

Nie wyrównały tych strat głosy Borowskiego, choć wezwania prezydenta Kwaśniewskiego i samego Marka Borowskiego dały Tuskowi dużo, bo aż 722 tys. głosów.

Sam na placu boju

Na Kaczyńskiego pracowało mnóstwo ludzi oddanych bez reszty: od bulteriera Jacka Kurskiego po ewangelicznego Marka Jurka, z popularnym Ziobro i nadętym Wassermannem. Jak donoszą nasi korespondenci, PiS-owcy ruszyli w całym kraju w teren. Premier "in spe" Marcinkiewicz już zaczął przyjmować od Kaczyńskiego instrukcje i nauki etyczne.

Tusk jakby był sam. Niezbyt medialna Hanna Gronkiewicz-Waltz i nieznany opinii publicznej Jacek Protasiewicz to było za mało. Milczał Rokita zajęty tworzeniem rządu z PiS. Gdzieś zniknął prof. Religa, który mógł być prawdziwym skarbem w walce o starszy elektorat.