Komisja Europejska chce zmian w budżecie UE

Bruksela przedstawiała pięć propozycji w sprawie budżetu UE na lata 2007-13. Mają przekonać państwa członkowskie do przyjęcia budżetu jeszcze przed końcem roku. Są tak skonstruowane, by zadowolić i Brytyjczyków, i Francuzów. A co z Polską?

Od wielu miesięcy trwa pat w sprawie unijnych wydatków w latach 2007-13. - Jeśli nie będzie porozumienia budżetowego do końca roku, 40 proc. wydatków zostanie sparaliżowanych. Najwięcej stracą państwa korzystające z funduszy spójności - ostrzegał w czwartek przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. I przedstawił list otwarty do premiera Tony'ego Blaira, w którym znalazł się pakiet pięciu nowych propozycji budżetowych. Trzy z nich wydają się mieć szczególne znaczenie.

Specjalny "fundusz dostosowania do globalizacji". Trafi do tych regionów Europy, w których znikają miejsca pracy z powodu taniej konkurencji z Azji. Potwierdziły się wcześniejsze informacje "Gazety", że mogliby z niego korzystać np. Francuzi zwalniani z upadających firm tekstylnych.

Jacek Saryusz-Wolski, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, kandydat na ministra spraw zagranicznych w rządzie PiS i PO mówi wprost: - Fundusz to środek anestezjologiczny wobec francuskich obaw.

Jak duży będzie ten fundusz? Komisja nie podała cyfr, ale nieoficjalnie wiadomo, że wydatki nie mogłyby przekroczyć 3,5 mld euro w latach 2007-13, czyli po 500 mln euro rocznie.

Fundusz globalizacyjny miałby być (co jest równie ważne jak jego wielkość) kopią istniejącego "funduszu solidarności". Nie byłby formalnie częścią budżetu UE, zarządzano by nim na zasadzie ad-hoc przez państwa członkowskie i Parlament Europejski.

Pieniądze byłyby wydawane na wniosek poszkodowanego przez globalizację państwa, na szkolenia, relokację pracowników, restrukturyzację i inne działania mające pomóc stworzyć nowe miejsca pracy. Fundusz byłby uruchamiany tylko po przekroczeniu określonej wielkości zwolnień w danym sektorze/regionie. Komisja podkreśla, że fundusz byłby symbolem solidarności z tymi (nielicznymi) Europejczykami, którzy na otwarciu gospodarki stracą.

Komisja Europejska chce, by większa część funduszy strukturalnych i spójnościowych była wydawana na realizację strategii lizbońskiej - zwiększenie konkurencyjności, tworzenie nowych miejsc pracy, nowoczesne technologie itd.

Już dziś na cele związane ze strategią wydaje się około 50 proc. wszystkich funduszy. Komisja chciałaby podwyższyć pułap średnio o nieco ponad 10 proc. Przy czym "stare" państwa członkowskie UE miałyby obowiązek wydania 75 proc. swoich funduszy na wzrost konkurencyjności.

To ukłon w stronę Brytyjczyków, którzy domagali się właśnie zwiększenia wydatków na konkurencyjność. Przy czym Bruksela dość ogólnie definiuje wydatki z tym związane, są to m.in.: badania naukowe, rozwój usług, efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Ale także inwestycje w "infrastrukturę europejską".

Przy założeniu, że 60 proc. wydatków polityki regionalnej zostałoby przeznaczonych na realizację strategii, blisko jedna trzecia budżetu byłaby przeznaczona na wzrost konkurencyjności. Niewiele mniej niż na rolnictwo. (Bruksela proponuje, by w 2013 r. wydatki rolne spadły do 37 proc. całego budżetu). - Można powiedzieć, że dokonaliśmy "lizbonizacji" budżetu - żartował Barroso.

Bruksela proponuje, by w 2009 r. dokonać przeglądu budżetu, w celu ustalenia, w których miejscach wydatki należy zmienić. I tu zadowoleni powinni być Brytyjczycy: chcieli doprowadzić bowiem do zasadniczej reformy wydatków i mówili, że za dużo pieniędzy idzie na europejskie rolnictwo.

Jednak na reformę Wspólnej Polityki Rolnej przyjdzie jeszcze poczekać. Nawet jeśli na przełomie 2009/2010 państwa dojdą do wniosku, że farmerzy dostają za dużo, to Bruksela chce, by do 2013 r. polityka rolna nie podlegała nowym reformom. A to miód na serca Francuzów, którzy obficie korzystają z dopłat dla rolników.

Barroso proponuje tylko, by od 2009 r. przyspieszyć konwersję dopłat bezpośrednich w fundusze na rozwój wsi (łącznie 3,2 mld euro). Komisja proponuje też zmiany w finansowaniu pomocy dla najuboższych państw świata.

Polska: ostrożne tak, ale...

A jak ocenia te propozycje Polska? - To szansa ruszenia rozmów o budżecie, ale nasza akceptacja nastąpi pod pewnymi warunkami - zastrzega "Gazecie" odchodzący minister ds. europejskich Jarosław Pietras.

Propozycje Barroso są dość ogólne i to prowokuje pytania naszych polityków. - Problemem jest definicja wydatków związanych ze strategią lizbońską. Nie jesteśmy przeciwni zwiększenia konkurencyjności w Europie. Ale co będzie, jeśli się okaże, że budowa dróg w Polsce nie służy konkurencyjności? - pyta minister Pietras.

To mogłoby utrudnić nam wykorzystanie unijnych funduszy na drogi.

Szef KE starał się uspokoić nasze obawy. - Konkurencyjność to nie tylko badania i rozwój. To także infrastruktura. Nowe państwa UE nie stracą ani euro - zapewniał. Dodał, że fundusz ma być finansowany z dodatkowych dochodów Komisji, np. z kar nakładanych na firmy i "budżetowych pozostałości" z poprzednich lat.

Pietras dodaje, że Polska nie sprzeciwia się też funduszowi ds. globalizacji, ale chce wiedzieć, z czego ten fundusz ma być finansowany i jakie będą kryteria dostępu.

Co leży na stole?

Brytyjczycy, którzy obecnie przewodniczą w UE, mają mało czasu, żeby przygotować kompromis budżetowy. Zapewne będą musieli oprzeć się na jednym z gotowych projektów, które leżą na stole: autorstwa Brukseli, Luksemburga i Parlamentu Europejskiego.

Różnią się znacząco. Przykładowo, na rolnictwo Komisja chciałaby wydać nieco ponad 400 mld euro, PE 392 mld, a Luksemburg - tylko 377 mld euro. Różnice widać też w wydatkach na fundusze strukturalne i spójnościowe, np. w przypadku wydatków na zwiększenie konkurencyjności gospodarki Luksemburg proponował prawie o połowę mniej pieniędzy, niż Komisja (odpowiednio 72 oraz 121,6 mld euro).

Którą podstawę wybiorą Brytyjczycy? Komisja ma nadzieję, że właśnie jej w pierwotnej postaci (czyli łącznie 994,2 mld euro).

Polska i rządy kilku innych państw UE, m.in. Niemiec i Francji, proponują, by podstawą pozostała wersja Luksemburga (871 mld euro).

Bez budżetu w Hampton Court

Doskonałą okazją do przedyskutowania propozycji złożonej przez Komisję Europejską byłby nieformalny szczyt szefów państw i rządów UE w Hampton Court w przyszły czwartek. Jednak premier Tony Blair poprosił wczoraj, by na spotkaniu szczegółów budżetu nie poruszać.

Brytyjczycy chcą za to rozmawiać o przyszłości europejskiego modelu socjalnego. Blair uważa, że Unii potrzeba jest dyskusja o tym, jak np. powinny wyglądać systemy opieki społecznej, prawa pracy, liberalizacja rynków itd.

Wczoraj Bruksela dała podstawę do takiej dyskusji, publikując 15-stronicowy dokument o przyszłości Europy. Wskazuje on proponowane przez Komisję kierunki reform, m.in. o ogólne obniżki podatków, inwestycje w przedszkola i żłobki (tak by więcej kobiet podejmowało pracę) oraz - co najważniejsze - reformę systemów emerytalnych. Kurcząca się liczba osób pracujących nie da rady utrzymać wszystkich emerytów.

- Blair musi być szczęśliwy, że to Komisja stworzyła taki dokument. Bo nie musiał pisać rzeczy, które mogłyby być trudne do sprzedania w społeczeństwie brytyjskim - komentuje wysoki rangą polski dyplomata.

Jednak już teraz wiadomo, że przynajmniej kilka państw zamierza pytać Brytyjczyków w Hampton Court o budżet. - Nie widzimy powodu, żeby o tym przynajmniej ogólnie nie wspomnieć - zapowiada Pietras.