Starcia komunistów ze zwolennikami UPA w Kijowie

Nacjonaliści świętujący 63. rocznicę powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii pobili się w sobotę w centrum Kijowa z występującymi pod flagami rosyjskimi lewakami

Nacjonaliści, którzy mieli oficjalne zezwolenie na przeprowadzenie parady na Chreszczatyku, głównej ulicy stolicy i wiecu na Majdanie, zbierali się od rana na ulicy Proreznoj. Nieopodal, na placu Besarabskim, gromadzili się członkowie Partii Komunistycznej, Postępowej Partii Socjalistycznej Ukrainy, młodzi ludzie z Partii Narodowo-Bolszewickiej i prorosyjskiego Prorywu. Pod trójkolorowymi flagami Rosji i dawnymi flagami imperium z dwugłowym carskim orłem skandując "Rosja! Rosja!" protestowali przeciwko "faszystom z UPA".

- Nawet ONZ potępiła UPA! A u nas chcą ją rehabilitować. Czy zdradzimy zwycięstwo naszych ojców i dziadów? - pytała przywódczyni "postępowych socjalistów" Natalia Wytrenko, jedna z najbardziej prorosyjskich postaci na ukraińskiej sceny politycznej.

Zaraz potem jej zwolennicy napadli na usiłujących przemaszerować Chreszczatykiem w kierunku Majdanu nacjonalistów. Obrzucili ich jajkami, kartonikami z kefirem, szarpali, wyrywali i łamali flagi. Milicji z trudem udało się przerwać bijatykę. Nacjonaliści nie doszli do Majdanu zajętego chwilę wcześniej przez komunistów. Ochraniani przez milicję pomodlili się na Chreszczatyku i rozeszli do domów.

Agencja prasowa Interfax-Ukraina informuje o dużej skali zajść. Pisze, że po stronie przeciwników UPA wzięło w nich udział 8 tys. ludzi, a na stronie nacjonalistów - 3 tys. Wśród tych ostatnich rej, według Interfaxu, mieli wodzić umundurowani weterani z Ukrainy Zachodniej, przede wszystkim ze Lwowa i Iwano-Frankowska.

Tymczasem naoczni świadkowie twierdzą, że w demonstracjach po obu stronach uczestniczyło w sumie najwyżej 1,5 tys. ludzi. Nie było też w Kijowie żadnych grup weteranów UPA z zachodniej części kraju. - Szefowie Krajowej Rady Weteranów UPA, która mieści się we Lwowie, wiedzieli, że w Kijowie szykuje się prowokacja i odwołali udział swych ludzi w demonstracji.

Ich miejsce zajął deputowany do Rady Najwyższej Ołeh Tiahnybok, znany awanturnik polityczny, uważany przez wielu za prowokatora. - Udało mu się zebrać w sobotę 16 ludzi w mundurach UPA, 200 młodych nacjonalistów i tak doszło do zaplanowanej zadymy - powiedział "Gazecie" ukraiński publicysta Wołodymyr Pawliw.

Również prof. Mirosław Popowycz, znany ukraiński filozof i politolog, uważa, że sobotnie wydarzenia były rosyjską prowokacją. - Zamieszki w Kijowie, których skalę wyolbrzymiają media, to znakomity podarunek dla Kremla, który nie może się pogodzić z utratą wpływów na Ukrainie - uważa Popowycz.