Co teraz zrobi Putin?

Atak na Nalczyk to kolejny sygnał, że polityka Władimira Putina na Kaukazie poniosła klęskę. Ale prezydent jej nie zmieni. Dalej będzie stawiał na brutalne rozwiązania siłowe, nie szukając politycznego wyjścia z sytuacji

Kiedy Borys Jelcyn po rajdzie Szamila Basajewa na Budionnowsk latem 1995 r. zrozumiał, że przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi nie uda mu się doprowadzić do zwycięskiego końca niepopularnej wojny w Czeczenii, zdecydował się na krok niestandardowy. Ogłosił coś w rodzaju przetargu na zaprowadzenie pokoju na Kaukazie.

Kilka konkurujących ze sobą grup ekspertów wyruszyło w rejony walk. Rozmawiali z miejscowymi cywilami, dowódcami partyzantów i wojsk federalnych. Wygrała grupa kierowana przez socjologa Emila Paina, pomysły której doprowadziły do podpisania przez prezydenta Asłana Maschadowa i gen. Aleksandra Lebiedzia porozumienia w Chasawjurcie.

Trudno ocenić tamten traktat, bo miał on być tylko wstępem do procesu pokojowego. Potem Kreml zablokował kolejne proponowane przez ekspertów kroki zmierzające do całkowitego rozwiązania konfliktu. W każdym razie w Czeczenii na trzy lata zapanował może i kiepski pokój, który jednak, jak wiadomo, zawsze jest lepszy od dobrej wojny.

Ważne jest to, że Jelcyna stać było na szukanie rozwiązania nietypowego, że umiał być elastyczny.

Putin takiej umiejętności nie ma. Na kolejne dramaty na Kaukazie reaguje zawsze tak samo - zapowiedziami przykręcenia śruby.

Po ataku Basajewa na Dagestan latem 1999 r. groził, że "terrorystów będzie wykańczać choćby w kiblu".

Po ataku na teatr na Dubrowce zapowiedział, że Moskwa nie będzie prowadzić żadnych rozmów z przywódcami czeczeńskimi.

Po tragedii w Biesłanie odebrał mieszkańcom regionów rosyjskich prawo wybierania gubernatorów, a jego ludzie zabili Maschadowa, jedynego przywódcę Czeczenów, który chciał i mógł prowadzić z Rosjanami rozmowy o pokoju.

Teraz, kiedy wybuchły walki w Nalczyku, wydaje z Moskwy rozkazy "zmiecenia terrorystów z powierzchni ziemi".

Jego ludzie będą "wymiatać" jeszcze długo, pacyfikując Kabardo-Bałkarię, tak jak to od dawna robią w sąsiedniej Inguszetii, Czeczenii, Dagestanie. Praktycznie już na całym Kaukazie. Bo wojna, choć oficjalnie dawno zakończona, nie tylko nie gaśnie, ale swym płomieniem ogarnia cały region.

Dlaczego? Także dlatego, że rosyjski aparat administracyjny i resorty siłowe tak naprawdę są bardzo słabe.

Po Biesłanie Putin ogłosił, że jego orężem politycznym w walce z terroryzmem będą gubernatorzy mianowani przez Kreml, a nie pochodzący z wyborów, a więc posłuszni poleceniom Moskwy.

O tym, co to dało, najlepiej mówi tajny raport Dmitrija Kozaka, przedstawiciela prezydenta w Południowym Okręgu Federalnym, który w czerwcu przeciekł do mediów. Napisał on, że republikami kaukaskimi rządzą dziś skorumpowane klany, które podporządkowały sobie miejscowy biznes, organy prawa, politykę.

Dobrym przykładem może być mianowanie we wrześniu nowym prezydentem Kabardo-Bałkarii Arsena Kokowa, człowieka zawdzięczającego spory majątek dosyć podejrzanym interesom - przede wszystkim kasynom gier.

W swym raporcie Kozak ostrzegł, że nieporządki w republikach kaukaskich nieuchronnie prowadzą do "niepokojów społecznych, radykalizmu, ekstremizmu i terroryzmu". Słowem, jakby przewidział wczorajsze wydarzenia w Nalczyku.

Putin nie bardzo może też liczyć na ludzi ze swoich resortów siłowych. Nalczyk tak samo jak Osetia Północna, gdzie leży Biesłan, jest naszpikowany jednostkami wojskowymi. Jest tu nawet słynne Centrum T - ośrodek antyterrorystyczny. Dlaczego ich dowódcy dali się zaskoczyć, czym byli tak zajęci, że przegapili przygotowania do ataku na miasto? Komentatorzy moskiewscy piszą, że ostatnio przede wszystkim toczą zaciętą walkę o prywatyzowany, a warty 40 mln dol. miejscowy kombinat wolframowy.

W swym tajnym raporcie Kozak przyznał, że koncentracja wojska i milicji jest na Kaukazie Północnym najwyższa w całej Europie, ale ludzie w mundurach zajmują się tam przede wszystkim łupieniem miejscowej ludności i biznesmenów, a nie łapaniem terrorystów.

Po Nalczyku Putin będzie brnął dalej w tym samym co dotychczas kierunku. Będzie poddawać miejscowe władze coraz skrupulatniejszej kontroli Moskwy, nie bacząc na to, że niby lojalni prezydenci republik tylko mydlą mu oczy, dbając przede wszystkim o własne interesy. I będzie posyłać na Kaukaz kolejne jednostki, dowódcy których nieźle się tam obłowią.

Mógłby wyjść z tego ślepego zaułka tylko pod jednym warunkiem - gdyby poddał lokalne władze nie tylko na Kaukazie i resorty siłowe kontroli społecznej. Ale tego nie zrobi, bo od dawna już zmierza w kierunku przeciwnym.