Atak na Nalczyk - Kaukaz znów płonie

Kaukascy rebelianci przypuścili wczoraj zmasowany atak na najsilniej strzeżone budynki w Nalczyku - stolicy Kabardo-Bałkarii. Rosjanie cały dzień walczyli o odbicie miasta

Skoordynowany atak rozpoczął się wczoraj rano. Co najmniej 80, a być może i kilkuset rebeliantów ruszyło jednocześnie na lotnisko, trzy posterunki milicji, więzienie, siedziby FSB, MSW, wojska. Według jednej z wersji chcieli odbić z rąk Rosjan grupę dziesięciu bojowników, których służby specjalne osaczyły w mieście w nocy.

Kwadrans później Rosja zamarła. - Zajęli moją szkołę! - krzyczała mała uczennica w stronę dziennikarzy w Nalczyku. Przed oczyma stanęła wszystkim tragedia dzieci z Biesłanu rok temu. Ale - na szczęście - tym razem była to tylko fałszywa plotka. Bojownicy nie atakowali wczoraj cywilów. Mimo to podczas walk zginęło kilkunastu przypadkowych przechodniów.

Rosjanie po kilkunastu godzinach walk odparli atak rebeliantów, którzy wczoraj wieczorem bronili się jeszcze tylko w jednym posterunku policji oraz w sklepie w centrum miasta. Kreml zapewniał, że do piątku rano sytuacja zostanie "w pełni znormalizowana".

Tysiące mieszkańców Nalczyku chciało wczoraj wieczorem za wszelką cenę uciec z miasta. Nie wierzyli, że to już koniec walk. - Garstka rebeliantów na kilka godzin zawładnęła stolicą republiki. Jak wierzyć naszemu wojsku i milicji? - pytali.

Rosyjskie służby bezpieczeństwa po raz kolejny nie potrafiły zapobiec skoordynowanemu atakowi rebeliantów. Nie wiadomo, ilu ich było. Według różnych rosyjskich źródeł 300-tysięczną stolicę Kabardo-Bałkarii najechało od 60 do 300 uzbrojonych mężczyzn.

Bez trudu dotarli do lotniska oraz najbardziej strzeżonych budynków miasta, a część z nich na kilka godzin zajęli. Rosyjskie służby z trudem przez cały czwartek odbijały siedziby centralnych urzędów republiki i kolejne posterunki milicji. W mieście odłączono większość telefonów, zamknięto wszystkie sklepy, wstrzymano ruch uliczny. Czego chcieli napastnicy? Walczyli do końca i nie stawiali żadnych żądań, co uprawdopodabnia wersję, że atak był nagle podjętą "akcją ratunkową" w obronie grupy współbojowników osaczonych przez wojsko w Nalczyku w nocy ze środy na czwartek.

Po kilkugodzinnych walkach część rebeliantów rzuciła się do ucieczki. Porywali samochody, którymi usiłowali się przedrzeć przez wojskowy kordon otaczający miasto. Ci, którzy zrozumieli, że nie mają szans na ucieczkę, barykadowali się w przypadkowych sklepikach i punktach usługowych. W jednym z nich na kilkadziesiąt minut utkwiły trzy pracujące tam kobiety, które z minuty na minutę stały się "zakładniczkami". Zdaniem części świadków udało im się jednak uciec. W czwartek wieczorem w śmiertelnych kleszczach między strzelającymi rebeliantami i atakującym wojskiem tkwiła też załoga jednego posterunku milicji.

- Zabijać wszystkich uzbrojonych. Uwolnić miasto! - przed kamerami rozkazał wczoraj podwładnym prezydent Władimir Putin. Po południu rządowe media informowały, że w mieście "panuje cisza i spokój".

Jednak pracowniczka sądu w Nalczyku, do której dodzwoniła się "Gazeta", zapewniała, że w mieście wciąż słychać strzały. Wojsko tłumaczyło, że całą noc będzie przeczesywać ulice Nalczyka w poszukiwaniu terrorystów. Podawało, że zabiło już ponad 20, samo tracąc tylko kilkunastu mundurowych. W szpitalach wczoraj wieczorem leżało blisko ponad 110 rannych.

Kto zaatakował stolicę kaukaskiej republiki? Na jednej z czeczeńskich stron internetowych pojawiła się wczoraj informacja, że ataku dokonały siły Frontu Kaukaskiego, czyli część sił zbrojnych, którymi kieruje czeczeński dowódca Szamil Basajew. Oznacza to, że wczorajszy atak jest częścią wojny kaukaskich bojowników przeciwko Rosjanom i ich poplecznikom na Kaukazie.

Od czasów wybuchu drugiej wojny w Czeczenii kaukascy bojownicy wspólnie przeciwstawiają się okupacji "niewiernych" i chcą zbudować na Kaukazie społeczeństwo muzułmańskie. Sam Szamil Basajew kilkakrotnie uciekał się do ataków terrorystycznych (np. w Biesłanie), na które Rosjanie odpowiadali coraz brutalniejszymi represjami wobec Kaukazu. - Jest coraz gorzej. Tam może wybuchnąć prawdziwa wojna - ostrzegał wielokrotnie Dmitrij Kozak, doradca Władimira Putina.