W Rosji narasta rasizm

Rosyjscy obrońcy praw człowieka oskarżają władze o bagatelizowanie wzrostu rasizmu

Studiujący w Woroneżu Peruwiańczyk Enrique Urtado został ciężko pobity podczas niedzielnego spaceru po mieście. Blisko 20 młodych Rosjan napadło na niego oraz jego trzech kolegów (z Hiszpanii i Peru), waląc w głowy oraz szyje metalowymi i drewnianymi pałkami. Urtado wykrwawił się wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Jego znajomi mieli więcej szczęścia. Zszokowani i posiniaczeni opowiadają dziś, że mordercy 18-letniego Urtado "wyglądali na normalnych Rosjan".

Woroneż jest jednak coraz mniej normalny. Miasto - wraz z Moskwą i Petersburgiem - tworzy czołówkę rosyjskiego rasizmu. W tym roku cudzoziemcy co najmniej siedem razy padli tam ofiarami ciężkich pobić, a przed rokiem zamordowano w Woroneżu arabskiego studenta Akademii Medycznej.

- Rasizm? Naszym zdaniem większość napadów to przejaw zwykłego chuligaństwa - uparcie utrzymują jednak władze Woroneża.

- Liczby są coraz bardziej przerażające - mówi Galina Kożewnikowa z ośrodka analitycznego Sowa. Według jej wyliczeń w 2004 r. dokonano w Rosji 20 zabójstw na tle rasowym, w 2004 r. - 45, a w pierwszej połowie 2005 r. - 19. Liczbę rasistowskich pobić szacuje się na 200 w 2004 r. i ponad 230 w pierwszej połowie 2005 r. Ofiarami większości z nich padają cudzoziemcy z Afryki i Azji, którzy - jak mawiają rosyjscy nacjonaliści - nie mają "słowiańskiej powierzchowności".

Zagubiony Rosjanin i obcy

Według badań Centrum Lewady aż 58 proc. etnicznych Rosjan popiera hasło "Rosja dla Rosjan", a nacjonalistyczni politycy (jak Dmitrij Rogozin z partii Rodina) bezkarnie wygłaszają postulaty "ojczyzny czystej narodowo". Atmosferę przyzwolenia na ksenofobię świetnie ilustrowały wrześniowe Międzynarodowe Targi Książki w Moskwie, których medialnymi bohaterami zostali autorzy nacjonalistycznych powieści i traktatów politycznych. - Część z nich uważa się za zwolenników Putina. Ciekawe, dlaczego Kreml nie przywołuje ich do porządku - dziwi się Galina Kożewnikowa.

Rosyjski rasizm i przybierający na sile antysemityzm (w tym roku zniszczono kilka żydowskich cmentarzy i jedną synagogę) to zdaniem socjologów m.in. skutek upadku ZSRR i realnego socjalizmu. Władza radziecka nie tylko bowiem twardą ręką tłumiła wszelkie niepożądane przez siebie ruchy społeczne, ale też dawała Rosjanom poczucie bezpieczeństwa socjalnego i narzucała oczywisty plan życiowy. W latach 90. gwałtownie poszerzył się obszar wolności osobistej, której wielu Rosjan nie potrafiło bądź nie chciało zagospodarować.

Do zagubionych ludzi ze swą ideologiczną ofertą pospieszyli nacjonaliści, polityczni radykałowie i mniej liczni sekciarze. W zburzonym poradzieckim świecie wyraziście nazywali przyjaciół, wrogów i cele życiowe. Nacjonaliści odkurzyli najciemniejsze strony rosyjskiej historii i nową poradziecką tożsamość określali za pomocą starych lęków wobec obcych, Żydów, Zachodu. Hasła o odbudowie Świętej Rusi zdominowały i wyparły zbanlizowane slogany o "przyjaźni narodów".

Nasi Putina i skinheadzi

W Rosji jest obecnie ok. 50 tys. skinheadów oraz ok. 7-10 tys. działaczy ultranacjonalistycznych ugrupowań, które najpewniej nie stronią od przemocy. Wśród przyczyn radykalizacji tych głównie młodych ludzi socjolodzy wymieniają m.in. wykluczenie społeczne, brak perspektyw ekonomicznych czy też odziedziczoną po rodzicach nostalgię za imperialną przeszłością Rosji. Kreml szermuje wprawdzie hasłami walki z faszyzmem i nacjonalizmem, lecz podlegli mu urzędnicy biją rekordy nieudolności w walce z realnym zagrożeniem.

- Odradzający się rasizm to nie tylko rosyjski fenomen. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego nasze władze albo przymykają na to oczy, albo chcą walczyć z rasizmem tak oryginalnymi metodami jak zakładanie własnych bojówek - wyjaśnia obrońca praw obywatelskich Siemion Czarny. Istotnie, prokremlowski (i z nazwy antyfaszystowski) młodzieżowy ruch Nasi liczy już kilkadziesiąt tysięcy członków i - jak pisze prasa niezależna - szkoli bojówkarzy rekrutowanych m.in. spośród kibiców piłkarskich. Dotychczas Nasi nie przeciwstawiają się jednak brunatnym radykałom, lecz zakłócają (na razie niewinnymi trąbkami) mityngi rosyjskich demokratów. - Widocznie Kreml bardziej od faszyzmu boi się demokracji - drwią opozycjoniści.