Francja: Chińczycy przejmują paryskie bistra

Paryskie bistra, bez których stolica Francji nie byłaby sobą, przechodzą w ręce Chińczyków. To jedyny sposób, by je uratować

Z pozoru w paryskiej Brasserrie Eiffel-Kennedy nic się nie zmieniło. Jak dawniej można tu zamówić piwo z beczki i wypić je bez pośpiechu przy kontuarze albo coś przekąsić na sali. Codziennie na tablicy wpisywane jest "danie dnia". Stali klienci wpadają zawsze o tej samej porze pozdrawiani przez patrona. Tyle że tym patronem od roku jest Chińczyk Hingkeung Kwan.

Paryskie brasserie, jak Eiffel-Kennedy, bary z tabaką i kafejki, zwane w skrócie bistrami, tworzą niepowtarzalny klimat Paryża. Tymczasem w stolicy Francji dokonuje się mała rewolucja - coraz więcej kafejek przechodzi w ręce Chińczyków. Chińczycy przejęli też jedną czwartą tzw. barów z tabaką (czyli bars-tabacs) - jeden z filarów paryskiego życia. Tu można wypić wino, kupić papierosy i gazetę oraz obstawić loterię.

Chińskie są już bary w XIII dzielnicy, czyli paryskim Chinatown, chińska fala dochodzi do Place d'Italie i dalej, do Montparnasse i Ogrodu Botanicznego. Gerard Bohelay, prezes branżowego zrzeszenia, czyli związku detalistów tytoniowych w regionie paryskim, mówi, że Chińczycy stanowią obecnie połowę chętnych do zakupu kolejnych lokali. - Nie jesteśmy już u siebie - skarży się pół żartem znajoma z Paryża.

Czy Brasserie Eilffel-Kennedy pozostanie równie paryska jak była za poprzedniego właściciela?

Kwan zwolnił francuskich kucharzy i zatrudnił imigrantów ze Sri Lanki, bo są tańsi. Co więcej, nowi właściciele inwestują też w zyskowne automaty do gier. Jednak klienci nie narzekają. Mają świadomość, że gdyby nie Chińczycy, ich ulubione lokale zastąpiłyby prawdopodobnie fast foody. Francuscy właściciele wyprzedają bistra, bo utrzymanie ich jest zbyt pracochłonne i przestaje się opłacać.

Bary z tabaką założyli mieszkańcy górzystej prowincji Owernia, którzy przybyli do Paryża w połowie XIX wieku. Prowadzili je jako interes rodzinny, przekazując z ojca na syna. Mieszkańców Owernii uważa się we Francji za skrytych, pracowitych i pazernych na grosz. To samo mówi się dziś o Chińczykach. Jednak młode pokolenie Owerniaków nie chce tyrać po 14 godzin dziennie. Tymczasem francuskie przepisy mówią, że właściciel baru ma być na miejscu do ostatniego klienta. Dla Hingkeung Kwana długi dzień pracy nie jest problemem. Od 1976 r., czyli od przyjazdu do z Kantonu do Francji, Kwan mozolnie awansował w chińskich knajpach od kelnera, przez szefa sali, do właściciela. On i żona są w pracy od 6.30 do ostatniego koniaku, czyli do 20.30. Pozwalają sobie na jeden dzień wolny w tygodniu, z urlopu zrezygnowali.

Dlaczego lokale takie jak Brasserie Eiffel-Kennedy wykupują akurat Chińczycy? Bo w chińskiej gastronomii jest za ciasno. W Paryżu jest 4,5 tys. mniejszych i większych chińskich restauracji. Chińczycy od dawna osiadli we Francji winią za taki stan rzeczy nowych przybyszy z Chin, którzy zakładają kolejne lokale i w ten sposób "psują rynek". Starzy imigranci przenoszą się zatem tam, gdzie konkurencja jest mniejsza. Ich atutem jest posiadanie francuskiego paszportu, bez którego nie można kupić bistra. Trzeba również udowodnić pochodzenie 33 proc. środków wyłożonych na zakup, co ma zapobiec praniu brudnych pieniędzy.

Zdaniem jednego z paryskich prawników takie zabezpieczenie jednak nie jest szczelne. Furtką są darowizny od rodziny mieszkającej w Chinach. Tam zawsze można podyktować notariuszowi, że będąc w podeszłym wieku daruję mojemu bratankowi iks tysięcy juanów i dać do przetłumaczenia tłumaczowi przysięgłemu. W ten sposób da się wyprać każdorazowo do 30 tys euro.

Kwan jest zadowolony, interes kwitnie. Wątpi jednak, czy jego synowie - w wieku 15 i 19 lat - wychowani w Paryżu przejmą go po nim. - Oni tak jak Francuzi chcą pracować po 35 godzin w tygodniu i mieć długie wakacje - mówi.