Frekwencja - porażka transformacji

Do urn poszła wczoraj tylko połowa Polaków. Choć to trochę lepiej niż dwa tygodnie temu w wyborach parlamentarnych, powodów do radości nie ma. To najniższa frekwencja w wyborach prezydenckich od 1989 roku!

Wczoraj w telewizji co chwilę pojawiały się reklamy namawiające do głosowania. W jednej z nich młody chłopak próbował trafić na strzelnicy kwiatek dla ukochanej. Pudłował raz za razem. Lektor nie pozostawił złudzeń - to strzelanie potrwa jeszcze długo. A głosowanie tylko kilka minut! - zachęcał.

Do godz.10.30 zagłosowało 2,4 mln Polaków - o 1,5 proc. więcej niż o tej porze w wyborach parlamentarnych. W gminie Korzenna w Małopolsce padł poranny rekord - zagłosował co czwarty mieszkaniec! Małopolska była też najlepsza w kraju - rano zagłosowało tam już 11 proc. Dobrze frekwencja rokowała też na Podkarpaciu (10,79 proc.) i Podlasiu (9,23 proc.). Szef Państwowej Komisji Wyborczej Ferdynand Rymarz chwalił wieś, gdzie mieszkańcy głosowali chętniej niż w dużych miastach.

Po południu różnice między miastem i wsią już się zatarły. Mieszczuchy wygrzebały się spod kołder i ruszyły do urn. Do 16.30 zagłosowało 34,58 proc. Polaków (w wyborach parlamentarnych o tej porze było tylko 28 proc.). Rekordowa frekwencja utrzymywała się w Małopolsce - 38 proc. Podobna była też w Pomorskiem, Mazowieckiem i Podkarpackiem. Spośród wszystkich miast najaktywniej głosowała Warszawa.

Wieczorem w telewizyjnych sondażach podano, że do urn poszło ok. 50 proc. uprawnionych. Gorzej nie było od 1989 roku!