Zjechali z Mont Blanc na desce!

To nie udało się jeszcze żadnemu Polakowi. Dwóch młodych zakopiańczyków i łodzianin wdrapali się na Mont Blanc, by zjechać ze szczytu na snowboardzie.

Zaczynali od deskorolki, nart i klasycznego snowboardu, ale to im nie wystarczało. Więc Piotr Dabov (29-letni łodzianin) wraz z zakopiańczykami Erykiem Gajewskim (24-letni alpinistą) i Wiktorem Kubińskim (19-letnim narciarzem) postanowili zorganizować wyprawę do Francji i zjechać na deskach z najwyższego szczytu Alp i Europy. Zabrali ze sobą operatora filmowego Pawła Pracza.

Polacy, którzy mieli za sobą już zjazdy z Rys i Giewontu, przygotowywali się do wyprawy półtora miesiąca. - Gdyby nie sponsorzy, pewnie byśmy nie zrealizowali naszego marzenia - opowiada Piotrek. - Sprzęt, podróż, namioty kosztowały nas w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych - wylicza. Jednak zapaleńcom udało się znaleźć chętnych, którzy pomogli w tej szalonej przygodzie. Dlaczego szalonej? Mont Blanc sprawia spore problemy doświadczonym wspinaczom, tymczasem polscy freeriderzy (zjeżdżający poza wytyczonymi trasami) wybrali się w Alpy jesienią w butach do snowboardu i z deskami na plecach. - Alpiniści na szlaku pukali się na nasz widok w czoło - wspomina Piotr.

Pierwszego dnia Polacy osiągnęli wysokość 2800 m. Dzień później byli już pod Aiguille du Gouter (3863 m), minęli tzw. Kuluar Śmierci i doszli - korzystając z lin, uprzęży i poręczówek - do schronu Vallott na wysokości 4360 m. - Trzeciego dnia zaczęliśmy atak szczytowy - kontynuuje Piotr Dabov. - Niestety, zaczęły się problemy kondycyjne, halucynacje, braliśmy aspirynę, by dostarczyć krwi więcej tlenu. Wiktor z czekanami wdrapał się po oblodzonej ścianie na 4600 m, my byliśmy z Erykiem niewiele niżej. Założyliśmy deski i zjechaliśmy!

Polacy przyznają, że zjazd był trudny technicznie, zaliczali wywrotki, lądowali na lodzie. - Ale to było niesamowite uwolnienie emocji, które w nas siedziały, i radość, że udało się nie tylko zdobyć jesienią Mont Blanc, ale jeszcze zjechać ze szczytu na desce i pruć między zdziwionymi turystami! Niezapomniane przeżycie!

O czym teraz marzy trójka freeriderów? O dzikich zjazdach w Tatrzańskim Parku Narodowym, na Bałkanach i zjechaniu z Piku Lenina, najwyższego szczytu Eurazji. - A potem Mount Everest! Czesi już z niego na desce zjechali. Pora na nas - zapowiada Piotr.

FREERIDE

to jazda poza szlakami wcześniej wybraną trasą. Największy odjazd to według freeriderów jak największa góra, jak najdłuższy pionierski zjazd, jak największa stromizna z jak najdłuższymi skokami. "Jeśli jeździsz lub chcesz jeździć nad przepaściami, trawersami, dolinami, w pięknym stylu w harmonii z otoczeniem, wydostawać się na góry samodzielnie lub za pomocą wyciągów, kolejki czy helikoptera i zjeżdżając później bez zatrzymywania, podziwiać dziewicze stoki i czuć się naprawdę wolnym, zapraszam na moją stronę..." - reklamuje się w sieci jeden z nich.