Rozdrapywanie Magdalenki: Precedensowy proces policyjnych dowódców

- Chcę się dowiedzieć, dlaczego mój syn zginął. Czy to była tylko wina bandytów? - mówi Anna Marciniak, matka antyterrorysty, który zginął podczas szturmu na kryjówkę bandytów w Magdalence w marcu 2003 r.

Przed warszawskim sądem okręgowym rozpoczął się wczoraj precedensowy proces policyjnych dowódców oskarżonych o narażenie w Magdalence na niebezpieczeństwo utraty życia policyjnych antyterrorystów.

Na ławie oskarżonych zasiadła trójka oficerów: podinsp. Grażyna Biskupska, 18 lat służby, ówczesna szefowa wydziału do walki z terrorem kryminalnym stołecznej policji. To jej ludzie prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa policjanta w Parolach, którego zwieńczeniem miało być zatrzymanie w Magdalence bandytów odpowiedzialnych za tamtą zbrodnię; (mł. insp. Kuba Jałoszyński, dowódca antyterrorystów. W policji 23 lata, karierę zakończył jako zastępca szefa CBŚ. Dziś emeryt; insp. Jan P. (nie zgodził się na podanie w mediach nazwiska) w marcu 2003 r. wiceszef stołecznej policji. Odszedł ze służby pół roku temu, po 30 latach. To on - według prokuratury - wydał decyzję o rozpoczęciu szturmu.

Naprzeciwko policyjnych dowódców usiadły rodziny tych, którzy zginęli. Krystyna Szczucka (jej syn dowodził jedną z grup szturmowych): - Boję się, żeby to z niego nie zrobiono kozła ofiarnego.

Proces rozpoczyna się kompromitacją prokuratury. Sędzia Andrzej Krasnodębski zwraca uwagę, że w akcie oskarżenia prokuratura przypisała jednemu z rannych w akcji błędne imię, innego w ogóle nie wymieniła. - Rzeczywiście, przypominam sobie takie nazwisko - przyznał zaskoczony prokurator Andrzej Ołdakowski.

Wcześniej poprosił o utajnienie procesu ze względu na możliwość ujawnienia tajemnicy państwowej. Śledztwo i proces dotyczyć będą policyjnej "kuchni" - co robi policja, żeby namierzyć i zatrzymać poszukiwanych bandytów, jak działają antyterroryści. - To wydarzenie bez precedensu - mówi obrońca byłego zastępcy komendanta stołecznego.

Sąd wniosek o utajnienie odrzuca. Prokuratorzy Ołdakowski i Grażyna Matusiak odczytują akt oskarżenia i kilka tajemnic wydostaje się na światło dzienne. Choćby kryptonimy policyjnych poszukiwań bandytów: "Szekspir" i "Carlos".

Po chwili sąd oddaje głos Grażynie Biskupskiej, pierwszej z oskarżonych, ale ta oświadcza: - Będę mówiła o tajemnicach służbowych.

Dziennikarze usłyszą więc tylko, że nie przyznaje się do winy i muszą wyjść z sali.

Przed procesem Biskupska mówiła "Gazecie": - Gdybym wiedziała, że tam będzie bomba, sama poszłabym szturmować ten dom, gdyby to miało ocalić tych policjantów.

Jej wyjaśnienia trwają trzy godziny, dwa razy ociera łzy.

- Obawiam się, że syn mojej klientki będzie wskazany jako osoba, która zawiniła. Choć z oskarżenia wynika, że policjanci z oddziałów szturmowych nie ponoszą żadnej odpowiedzialności - komentuje pierwszą część procesu pełnomocnik Krystyny Szczuckiej mec. Paweł Gadkowski.

- Na razie to jest rozdrapywanie ran - dodaje siostra Mariana Szczuckiego.

- Padło tyle nazwisk, że odpowiedzialność się rozmywa - mówi z kolei siostra Dariusza Marciniaka. A Piotr Dewiński, obrońca Jana P., zwraca uwagę: - Wielu świadków w tej sprawie nie zostało przesłuchanych. Dlaczego nikt nie zapytał o odpowiedzialność koordynatora z Komendy Głównej.

Chodzi o Jerzego Skryckiego, wówczas zastępcę dyr. Biura Służby Kryminalnej, który poszukiwania bandytów nadzorował. Nie ma go nawet na liście świadków.

Tragedia w Parolach

Próba zatrzymania w nocy z 5 na 6 marca 2003 r. Igora Pikusa i Roberta Cieślaka ściganych za zabójstwo policjanta skończyła się tragedią. Dwóch antyterrorystów zginęło, 16 zostało rannych. Zaskoczył ich wybuch bomby-pułapki (to jej odłamki raniły i zabiły policjantów, a nie wystrzelone przez bandytów kule). Szturmującym kryjówkę policjantom brakowało amunicji, zawodziła łączność, na zapleczu akcji nie było karetki. Prokuratura uznała, że trójka oskarżonych za to odpowiada. Oskarżeni się nie przyznają.