Bill Wyman na jedynym koncercie w Polsce

Dziś w warszawskiej Sali Kongresowej ze swoim zespołem zagra były basista The Rolling Stones

Wyman nie grał ze Stonesami od początku. Dołączył do nich parę tygodni po pierwszym koncercie grupy w 1962 roku. Miał wtedy 25 lat i był najstarszy w składzie. Podobno Jagger i Richards zaprosili go do wspólnego grania, bo miał swój własny wzmacniacz gitarowy, co należało wówczas do rzadkości. Jednak to głównie za jego sprawą The Rolling Stones z zespołu półamatorskiego przekształcili się w formację w pełni zawodową. Traktował granie jak pracę i wymusił na młodszych o kilka lat kolegach poważniejsze podejście do muzykowania. Kilka miesięcy później Stonesi byli już na ustach wszystkich fanów muzyki w Wielkiej Brytanii. Reszta jest historią.

Naprawdę nazywa się William George Perks. Od dziesiątego roku życia uczył się grać na pianinie. Przewinął się przez kilka formacji, ale rzecz jasna to dopiero Stonesi uczynili z niego legendę gitary basowej. Wspólnie z perkusistą Charlie'em Wattsem stworzył jedną z najlepszych sekcji rytmicznych w historii muzyki rockowej. Nie ma na swoim koncie zbyt wielu kompozycji. Przyczynił się jednak do powstania wielkiego przeboju Stonesów "Jumpin' Jack Flash". Piosenka funkcjonuje jako dzieło spółki Jagger/Richards, ale to właśnie on wymyślił jej charakterystyczny gitarowy riff.

Choć był basistą najbardziej skandalizującej grupy w historii muzyki rockowej, Wyman pozostawał w cieniu. Jednak i on ma na koncie kilka wyskoków. Najsłynniejszy miał miejsce w latach 80. Wiekowy już wtedy muzyk zaszokował opinię publiczną, gdy zaczął umawiać się z nastoletnią modelką Mandy Smith. Para pobrała się w 1989 roku. Wyman miał wtedy 53 lata, jego wybranka 19, a małżeństwo przetrwało rok.

Wyman odszedł z zespołu w 1993 roku, ale nie przestał dostarczać fanom powodów do radości. Wydał imponującą biografię Stonesów, na którą złożyły się prowadzone przez niego dzienniki oraz masa materiałów prasowych i pamiątek, które kolekcjonował przez wszystkie lata pracy w zespole. Poświęcił się także pasjom pozamuzycznym, zwłaszcza archeologii. Przemierza Brytanię z wykrywaczem do metali, poszukując w ziemi pamiątek z przeszłości.

Nie zarzucił jednak zupełnie grania. W 1997 roku sformował grupę The Rhythm Kings. Do współpracy zaprosił takie legendy muzyki jak Peter Frampton czy Gary Brooker. Ostatnio występuje z nieco skromniejszym, ale i tak imponującym składem. Grają z nim między innymi: legendarny gitarzysta country i rhythm and bluesowy Albert Lee, gwiazdor brytyjskiego rocka lat 60. Andy Fairweather Low oraz znany ze współpracy z Tiną Turner, Mike'em Oldfieldem i Rogerem Watersem perskusista Graham Broad. To właśnie z tymi muzykami zagra w Warszawie. I z nimi nagrał wydaną kilka dni temu płytę "Live", która doskonale pokazuje, czego można spodziewać się na koncercie The Rhythm Kings w Kongresowej.

Album wypełniają przede wszystkim standardy muzyki rhythm and bluesowej, boogie, rock and rolla. Na płycie usłyszeć można kompozycje Raya Charlesa, Chucka Berry'ego, Gene'a Vincenta. Jest nawet "Muleskinner Blues", powrót do czasów, gdy popularna była zapomniana już dziś muzyka skiffle - mieszank country, folku i tradycyjnego jazzu. Nawet "Taxman" George'a Harrisona został przez The Rhythm Kings zaaranżowany tak, że brzmi nie jak piosenka Beatlesów, lecz jak rasowy rhythm and blues.

To bardzo klasyczne granie. Wyluzowane, bez napięć, w atmosferze dobrej zabawy. Powrót grupy weteranów do korzeni. Do piosenek, od których ponad pół wieku temu wszystko się zaczęło. Bez których nie byłoby ani współczesnej muzyki rozrywkowej, ani The Rolling Stones, ani legendy Billa Wymana.