Turcja ma zielone światło do negocjacji z UE

Turcja rozpoczyna negocjacje o wejściu do Unii Europejskiej. Po wielogodzinnej debacie szefom dyplomacji krajów UE udało się znaleźć kompromis w tej sprawie

Szczęśliwy finał dwudniowej debaty Rady UE ważył się do ostatniej chwili.

Początkowo ministrowie mieli nadzieję, że uroczystość otwarcia negocjacji z Turcją rozpocznie się w poniedziałek punktualnie o 17.00. Już w południe było jednak wiadomo, że ceremonię trzeba będzie przesunąć, a być może w ogóle odłożyć.

Niemal cały dzień szefowie dyplomacji UE dyskutowali z minister spraw zagranicznych Austrii Ursulą Plassnick, a potem telefonicznie z Ankarą. Dyskusja dotyczyła tego, jakie mają być ogólne zasady negocjacji z Turcją.

Austria przez wiele dni i przez ostatnie kilkanaście godzin żądała, by w tekście pojawił się zapis, że negocjacje mogą się zakończyć przyznaniem Turcji nie członkostwa, lecz tylko uprzywilejowanego partnerstwa. Na to nie chciały się zgodzić ani Turcja, ani rządy wielu państw UE.

Nie będąc pewnym wyniku dyskusji i nie chcąc dać się poniżyć czekaniem w korytarzu szef tureckiej dyplomacji Abdullah Gul wolał wstrzymać swój wylot do Luksemburga.

Dopiero późnym popołudniem Austrię udało się skłonić do ustępstw. Jednocześnie państwa UE zgodziły się uwzględnić część jej oczekiwań. Poprawiony tekst mandatu negocjacyjnego przesłano natychmiast do Ankary. Ta zwlekała z odpowiedzią. Turecki rząd wahał się.

Tuż przed 20.00 nadeszła wreszcie oczekiwana wiadomość: Turcja akceptuje porozumienie. Minister Gul wsiadł do samolotu i poleciał do Luksemburga, by wziąć udział w uroczystym - choć mocno spóźnionym otwarciu negocjacji.

Negocjacje z Turcją potrwają teraz wiele lat, w przyjętych wczoraj dokumentach nie ma wskazanej żadnej daty ewentualnego wejścia Turcji do UE. Większość ekspertów uważa, że rokowania potrwają co najmniej kilkanaście lat.

Trudny kompromis

To było jedno z najtrudniejszych posiedzeń Rady UE w jej historii - przyznawali dyplomaci. W pewnym momencie nawet polscy dyplomaci ostrzegali kolegów, że Unię może czekać trzeci poważny kryzys w ciągu kilku miesięcy. Pierwszym były nieudane referenda eurokonstytucyjne w Holandii i we Francji, a drugim nieudany szczyt budżetowy Unii w czerwcu.

Na szczęście po południu wszystkie strony sporu poszły na ustępstwa. - Dziś Unia święci triumf kompromisu. Ani w niedzielę w nocy, ani dzisiaj rano nie mieliśmy pewności, czy to się uda. Warto było spędzić tych kilkanaście męczących godzin - powiedział minister spraw zagranicznych Adam Rotfeld.

Kompromis - jak to zwykle bywa w Unii - jest dość skomplikowany. Austria zgodziła się, by w dokumencie określającym ramy negocjacji nie pojawiła się wzmianka o alternatywie wobec członkostwa Turcji. Pojawi się za to stwierdzenie, że przy ewentualnym rozszerzaniu UE o Turcję trzeba będzie wziąć pod uwagę "zdolności absorbcyjne" Wspólnoty. trudno dziś powiedzieć, czy i jak utrudni to negocjacje z Ankarą.

Zasady negocjacji mówią też, że gdyby rokowania z Turcją miały się nie powieść, UE zrobi wszystko, by "w jak najmocniejszy sposób związać się z Turcją". Na prośbę Cypru do dokumentu wprowadzono też sformułowania, z których wynika, że Turcja nigdy nie będzie mogła - tak jak chciała - zablokować ewentualnego wejście Cypru do NATO (mimo, że Cypr na razie wejścia do Sojuszu nie planuje).

Wbrew społeczeństwom

Opór austriackiego rządu nie wziął się z powietrza. Austriaccy politycy czytali sondaże opinii publicznej, ż których wynikało, że 70-80 proc. mieszkańców Austrii jest przeciwnych rozszerzeniu wspólnoty o 70-milionową, w większości muzułmańską Turcję.

Ale nie tylko Austriacy są Turkom niechętni. Przeprowadzony w całej UE sondaż Eurobarometru wykazał, że tylko w trzech krajach ponad połowa obywateli zgadza się na wejście Turcji do UE: w Polsce (54 proc.), w Słowenii (53) i na Węgrzech (51). Wśród starych członków UE poparcie dla Turcji wynosi zaledwie 33 proc. To dawało austriackim politykom siłę. - Austria słucha się społeczeństwa - zapewniała dziennikarzy Ursula Plassnik.

Zdaniem szefa polskiego MSZ Adama Rotfelda Plassnik nie ma racji. - Są sytuacje, kiedy politycy nie powinni wsłuchiwać się w głos ulicy, ale w których powinni brać pod uwagę historyczne poczucie odpowiedzialności. Wsłuchiwanie się w głos ulicy to populizm - powiedział Rotfeld po zakończeniu negocjacji w Luksemburgu. I przytoczył słowa niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joschki Fischera, który twierdzi, że gdyby samo powstanie Unii miało zależeć od referendów, to UE nigdy by nie powstała.

Problem w tym, że przynajmniej w jednym kraju wejście Turcji do UE zostanie poddane społecznemu osądowi - we Francji. Francuska konstytucja nakazuje bowiem, by od 2007 r. wszystkie rozszerzenia UE były poddawane referendom.

Poniedziałkowa decyzja Rady UE zamyka etap w historii Turcji. Jej starania o wejście do europejskiej wspólnoty liczą już sobie 40 lat. Układ celny ze wspólnotą Ankara podpisała jeszcze w 1963 r. W latach 80. powodem odrzucania tureckiej kandydatury były nieprzestrzeganie praw człowieka i brak demokracji.

Gdy w 1999 r. UE wreszcie przyznała Turcji status "kandydata na członka", tureckie władze uwierzyły w możliwość wejścia do Unii i zaczęły forsować odważne reformy polityczne i gospodarcze.

Chorwacja też na "tak"

Desperackie próby osiągnięcia porozumienia w sprawie Turcji zepchnęły na dalszy plan pozostałe tematy wczorajszych rozmów ministrów. Dopiero późnym popołudniem dyskutowana była kwestia negocjacji członkowskich z Chorwacją.

Do tej pory UE nie chciała ich rozpocząć, domagając się, by najpierw Zagrzeb zaczął w pełni współpracować z Międzynarodowym Trybunałem ds. zbrodni w byłej Jugosławii. Wczoraj w Luksemburgu Carla del Ponte, główna prokurator Trybunału, oświadczyła, że "Chorwacja w pełni współpracuje z Trybunałem w ściganiu zbrodniarzy wojennych".

To powinno pozwolić rządowi w Zagrzebiu rozpocząć negocjacje członkowskie z Unią. Oświadczenie Del Ponte było jednym z tych czynników, które przekonały Austriaków - od początku popierających dążenia Chorwacji - do zgody na rozpoczęcie negocjacji z Turcją.