To był teatr, a nie negocjacje

Politycy PiS i PO spotkali się w czwartek w Sejmie, by - w obecności kamer - rozmawiać o koalicji. O ocenę negocjacji poprosiliśmy dwoje naukowców - psychologa i prawnika.

prof. Krystyna Drat-Ruszczak, psycholog

Te negocjacje toczą się w specyficznych warunkach: po pierwsze, są publiczne, a po drugie - trwa kampania prezydencka. Jedno i drugie ma wpływ na zachowanie polityków.

Obie strony mówią przede wszystkim do wyborców, a nie do siebie. Reklamują swoich kandydatów na prezydenta, a rozmowa o wspólnym rządzie schodzi na drugi plan.

W takiej publicznej debacie źle się czują obie strony, a zwłaszcza PO. Jej politycy zachowują się trochę tak, jakby to wszystko toczyło się w kuluarach, używają potocznego języka. Bronisław Komorowski w jednym z programów powiedział o kandydacie na premiera per "Kazik". Na tle swoich kolegów i koleżanek z partii dobrze wypada Jan Rokita, który od czasu pracy w komisji śledczej potrafi pogodzić te dwa porządki - mówienia do partnera i do widza.

Obie strony próbują przy tym zdyskredytować tego drugiego. PO wysyła komunikat "PiS jest niewiarygodny, ten kandydat na premiera jest przejściowy". PiS przedstawia Platformę jako partię, która po przegranych wyborach stawia wygórowane i niejasne żądania.

Przy tym wszystkim słyszymy mnóstwo złośliwości, argumentów ad personam, drwin. Jest w tym trochę teatru - politycy robią miny, uśmiechają się znacząco albo znacząco milczą. To zmienia klimat w kierunku agitacji wyborczej. Wyjaśnienie wątpliwości i zawarcie porozumienia byłoby skuteczniejsze i szybsze bez kamer.

prof. Piotr Winczorek, konstytucjonalista

Naturalnym zjawiskiem są negocjacje kameralne. To, że toczą się publicznie, utrudnia rozmowę. Politykom w obiektywie kamer trudniej negocjować, trudniej się z czegoś wycofać, ograniczone jest pole do kompromisu. Przecież wybory już się skończyły, nie trzeba rywalizować, trzeba budować rząd.

Tymczasem wkrótce są wybory prezydenckie i rodzą się pytania, czy nie oglądamy teraz fragmentu kampanii prezydenckiej, a nie tworzenie rządu. Oczywiście nie jestem za jakimś specjalnym utajnianiem tego procesu - opinia publiczna powinna być informowana o tym, co się dzieje.