Afera korupcyjna w armii zachwiała unią Serbii i Czarnogóry

Nadmiar kamizelek kuloodpornych i hełmów może doprowadzić do rozpadu Serbii i Czarnogóry. Już nawet prezydent federacji jest oskarżany o udział skandalu korupcyjnym w armii

Afera wybuchła tydzień temu, kiedy serbski minister finansów Mladzian Dinkić ujawnił szczegóły kontraktu wojskowego podpisanego przez ministra obrony Prvoslava Davinicia, Czarnogórca. Oto federacja Serbii i Czarnogóry, która ma wszystkiego 28 tys. żołnierzy, nabyła od prywatnej firmy ponad 70 tys. kamizelek kuloodpornych i hełmów za okrągłą sumę 300 mln euro.

W każdym rządzie zdarzają się awantury między trzymającym kasę ministrem finansów a jego kolegami, w tym wypadku chodzi jednak o coś więcej, a mianowicie o samą federację Serbii i Czarnogóry. Od wielu miesięcy znajduje się ona w kryzysie politycznym, a złośliwi nazywają ją Solanlandią (od nazwiska Javiera Solany, szefa dyplomacji UE). Najwięcej sympatyków ma w Brukseli, która obawia się kolejnych zmian w byłej Jugosławii. Jej rozpad w latach 90. przyniósł kilka wojen i pochłonął kilkaset tysięcy ofiar.

Jednak ogromna większość Czarnogórców, ale także i część Serbów uważa, że powstała dwa lata temu unia jest tworem sztucznym. Na przyszły rok w Czarnogórze planowane jest referendum o niepodległości. Gospodarczo oba kraje są odrębne już dziś (w Czarnogórze waluta państwową jest euro). Wciąż jednak federacja ma wspólnego prezydenta oraz ministra spraw zagranicznych i obrony (właśnie Davinicia).

Skandal z hełmami i kamizelkami może okazać się gwoździem do trumny dla Solanlandii. - Czegoś takiego jeszcze nie było w historii publicznych finansów Serbii! - grzmiał Dinkić. Co gorsza, 9 mln Serbów musi płacić za kontrakt podpisany przez przedstawiciela malutkiej Czarnogóry (mieszka tam tylko 650 tys. ludzi). Dinkić radykalizował się z każdym dniem: ostatnio zasugerował, że w aferę może być zamieszany prezydent federacji Svetozar Marović, także Czarnogórzec.

Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie. Premier i prezydent Serbii zażądali odejścia skompromitowanego ministra obrony. Ten stwierdził, że oskarżenia są bezzasadne, ale podał się do dymisji. - Wykonuję ten wysoce demokratyczny gest, żeby zmniejszyć napięcie w organach państwa - mówił. Potem jednak zmienił zdanie - postanowił zostać w fotelu do czasu, kiedy jego odwołanie przegłosują parlamenty obydwu członów federacji (taki jest wymóg konstytucyjny). Tymczasem parlament Czarnogóry wcale odwoływać go nie zamierza. Jej rząd zapowiedział za to, że rozważa wycofanie wszystkich Czarnogórców z urzędów federalnych.

Z kolei prezydent federacji Marović oskarżył swojego oskarżyciela Dinkicia o "burzenie instytucji państwa". Afera rozstroiła go to do tego stopnia, że nagle zrezygnował z wyprawy na szczyt ONZ w Nowym Jorku (Serbia i Czarnogóra była jedynym krajem świata, którego nie reprezentował tam prezydent albo premier, a tylko szef MSZ). Został przez to ostro skrytykowany przez serbską opinię publiczną. - Dlaczego prezydent federacji nie wykonuje swoich podstawowych obowiązków? - pytała w oficjalnym oświadczeniu liberalna partia G17 (druga co do wielkości w koalicji rządowej w Belgradzie). Po namyśle Marović złożył samokrytykę. - Żałuję, że nie ma mnie teraz w Nowym Jorku - mówił w czwartek. - Popełniłem błąd, i przedkładam opinii publicznej moje przeprosiny.

Jednak słowa te nie uciszyły awantury o kamizelki i hełmy. W sprawie toczy się śledztwo, a jeśli wina (lub choćby odpowiedzialność) prezydenta Marovicia zostanie orzeczona, efekty mogą być nieprzewidywalne. - Jeśli Marović zrezygnuje lub zostanie usunięty, wątpię żebyśmy zdołali się dogadać z Czarnogórcami w sprawie wyboru jego następcy - twierdzi anonimowo członek serbskiego rządu.

- Konflikt doszedł to takiego poziomu, że unia jest zagrożona - mówi serbski analityk Slobodan Antonić. Dużo zależeć będzie od postawy premiera Serbii Vojislava Kosztunicy, który przedstawiał się zawsze jako gorący zwolennik unii i bezwzględny wróg korupcji. Wygląda na to, że w bieżącej sytuacji trudno być i jednym, i drugim.