Ukraina oddala się od Unii Europejskiej

Rosyjskie władze i giganci przemysłowi - przede wszystkim Gazprom - nie rezygnują z przejęcia kontroli nad strategicznymi punktami ukraińskiej gospodarki. Chodzi o to, by poprzez obecność ekonomiczną przejąć kontrolę nad państwem - mówi Borys Tarasiuk*, były szef ukraińskiego MSZ

Ukraina oddala się od Unii Europejskiej

Rosyjskie władze i giganci przemysłowi - przede wszystkim Gazprom - nie rezygnują z przejęcia kontroli nad strategicznymi punktami ukraińskiej gospodarki. Chodzi o to, by poprzez obecność ekonomiczną przejąć kontrolę nad państwem - mówi Borys Tarasiuk*, były szef ukraińskiego MSZ

Marcin Wojciechowski: Był Pan najbardziej prozachodnim szefem MSZ w niepodległej Ukrainie. Jak zmieniła się polityka zagraniczna odkąd w zeszłym roku podziękowano Panu za pracę w rządzie?

Borys Tarasiuk: Nadal powtarza się deklaracje o integracji Ukrainy z Europą. Jeżeli jednak spojrzy się głębiej, to widać, że stosunki z instytucjami, z którymi niby mamy się integrować, bardzo oziębły. Z powodu kryzysu politycznego [po zniknięciu opozycyjnego dziennikarza Georgija Gongadze i upublicznieniu taśm, z których wynika, że w sprawę zamieszany był prezydent Leonid Kuczma - red.] pogorszyły się nasze stosunki z Unią Europejską i Radą Europy. Równocześnie kwitnie współpraca z Rosją. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem że kontakty z Moskwą nie będą przeszkadzać integracji z Zachodem.

Ukraina stała się bardziej prorosyjska niż wcześniej? Czy można powiedzieć, że władze dokonały wyboru, w którą stronę chcą iść?

- Niestety tak. Świadczą o tym podpisane w zeszłym roku w Dniepropietrowsku rosyjsko-ukraińskie porozumienia gospodarcze i wojskowe. Niedawno ministerstwa obrony Ukrainy i Rosji podpisały umowę przewidującą koordynację polityki wobec Unii Europejskiej. To ewenement po rozpadzie ZSRR.

Rosyjskie władze i giganci przemysłowi - przede wszystkim Gazprom - nie rezygnują z przejęcia kontroli nad strategicznymi punktami ukraińskiej gospodarki. Dotyczy to przede wszystkim gazociągów. Chodzi rzecz jasna o to, by poprzez obecność ekonomiczną przejąć kontrolę nad państwem. W ten kontekst wpisuje się też nominacja Wiktora Czernomyrdina [twórcy i pierwszego szefa Gazpromu - red.] na ambasadora Rosji w Kijowie.

Rosyjskie gazety piszą o nim, że będzie gubernatorem i faktycznym premierem.

- To zbyt mocno powiedziane. Być może Rosjanie chcieliby, żeby tak było, ale na razie to tylko życzenia. Bez wątpienia Czernomyrdin, który dziś zjeżdża do Kijowa, będzie miał nieograniczony dostęp do prezydenta Kuczmy, z którym się przyjaźni. A dzięki kontaktom z ukraińską elitą - więcej możliwości wpływu na sytuację niż inni dyplomaci.

Czy Czernomyrdin będzie walczył o przejęcie kontroli nad ukraińskimi gazociągami i budowę połączeń omijających Ukrainę? Czy jego nominacja oznacza, że Kijów przegrał z Moskwą wojnę o gaz?

- W sprawie gazu doszło do dwóch paradoksów. Na początku i prezydent, i rząd bardzo negatywnie odnosili się do planów Rosjan, by budować gazociąg omijający Ukrainę. Nagle prezydent zmienił zdanie. Drugi paradoks to to, że Polacy byli bardziej zainteresowani obroną strategicznych interesów Ukrainy niż sami Ukraińcy. Jednak zbyt wcześnie mówić o zwycięstwie czy porażce Kijowa. Ukraina przegrała pierwszą rundę, ale mecz się jeszcze nie skończył. Wiele zależy od ludzi, którzy będą prowadzili negocjacje w tej sprawie. Całkiem możliwe, że uda się zaproponować Rosjanom takie rozwiązanie, by nie musieli budować nowego gazociągu. Są przecież możliwości zwiększenia tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę, choć wymaga to inwestycji i remontów.

Czy Anatolij Kinach, nowy premier, będzie właśnie taką osobą?

- Szanuję go, znam od wielu lat, ale to nie Kinach będzie decydował w kwestii gazu. W tej sprawie ostatnie słowo należy do prezydenta. Kinach będzie uzgadniał z nim wszystkie poczynania.

Na początku swojej drugiej kadencji prezydent Kuczma wystąpił z hasłem europejskiego wyboru i integracji Ukrainy z Unią Europejską. Okazało się, że to tylko słowa. Czy ochłodzenie kontaktów z Unią to wyłącznie wina Ukrainy?

- Parlament Europejski uchwalił 15 marca historyczną rezolucję, w której po raz pierwszy powiedziano, że Ukraina może wejść do Unii, jeżeli spełni wszystkie kryteria. Dla nas to bardzo ważne oświadczenie, bo tworzy jakąś perspektywę. Nikt nie ma prawa wykreślić z mapy Europy 50-milionowego narodu, który mieszka w drugim co do wielkości państwie na kontynencie. Jednak władze wykonawcze Unii tego nie widzą. Komisja Europejska nie ma pomysłu na współpracę z Ukrainą, więc pod każdym pretekstem stara się pokazać, że nie jesteśmy częścią Europy. W zeszłym tygodniu w "International Herald Tribune" ukazał się wspólny artykuł Romana Prodiego, szefa Komisji Europejskiej, i premiera Szwecji Gorana Perssona. Napisali, że jest za wcześnie, by stawiać pytanie o status Ukrainy jako państwa stowarzyszonego z Unią. Ciekawe, że nie jest za wcześnie, by rozmawiać o tym ze zrujnowanymi wojną państwami bałkańskimi.

To prawda, że Ukraina nie wykonuje wszystkich zaleceń Unii, popełniła wiele błędów, wiele lat zmarnowała. Rząd Walerija Pustowojtenki [1997-99 - red.] nie przywiązywał żadnej wagi do współpracy z Brukselą. 22 razy naruszył Umowę o Partnerstwie i Współpracy. Jego następca Wiktor Juszczenko uporządkował sytuację, ale efekt jest taki, że wróciliśmy do pozycji wyjściowej. Nasza władza wykonawcza, urzędnicy w ministerstwach nie rozumieją, że wyboru europejskiego trzeba dokonywać codziennie, a nie raz na pół roku, gdy spotykamy się z przedstawicielami Unii na konsultacjach.

Mniej więcej wiadomo, dlaczego państwa postkomunistyczne chcą wstąpić do Unii. Co Ukraina może zaproponować Brukseli?

- Nie mniej niż Polska. W kilku dziedzinach - myślę przede wszystkim o przemyśle rakietowym, kosmicznym, lotnictwie - tylko kilka państw w świecie ma taki potencjał jak Ukraina. Przy odpowiednich inwestycjach mielibyśmy też dobre rolnictwo, ale Polacy wiedzą najlepiej, że Unia patrzy na te sprawy inaczej. Ukraina ma duży wkład w bezpieczeństwo i stabilizację Europy. Gdyby udało się nam wzmocnić gospodarkę, byłby jeszcze większy. Niebagatelną rzeczą jest także nasz rynek, który jest już zresztą w znacznej mierze otwarty na Unię.

Spotkałem się ze zdaniem wysokiego urzędnika ukraińskiej administracji, że Unia to taki Związek Radziecki tylko z inną ideologią.

- To świadczy o całkowitym niezrozumieniu sytuacji. Z powodu kryzysu politycznego Ukraina robi w tej chwili mniej dla integracji z Unią niż na przykład dwa lata temu. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały, że nasza demokracja jest niestabilna, nie działa prawo. Wiele spraw załatwia się za pomocą telefonów, a nie jasnych procedur. Zagrożona jest wolność słowa. Władze oddalają Ukrainę od Unii Europejskiej, powtarzając równocześnie, że integracja to dla nas sprawa strategiczna.

W jednym z wywiadów, już po dymisji, powiedział Pan, że pracując w rządzie, zdarzało się Panu postępować wbrew sumieniu.

- Nie podejmowałem decyzji wbrew sumieniu, ale zdarzało się, że wykonywałem polecenia, z którymi się nie zgadzałem. Według konstytucji kontrola nad polityką zagraniczną należy do prezydenta i musiałem to akceptować. Próbowałem przekonywać go do swoich racji. Jeżeli się nie udawało, musiałem akceptować jego decyzję. O co się spieraliśmy? Byłem za bliższą współpracą Ukrainy z NATO, utrzymaniem sankcji Rady Bezpieczeństwa wobec Iraku, nie podobały mi się niektóre decyzje kadrowe.

Po Pana dymisji gazety pisały, że prezydent zaproponował Panu stanowisko doradcy ds. polityki międzynarodowej. Dlaczego Pan odmówił?

- Nikt nigdy nie złożył mi takiej propozycji. Prezydent nawet nie spotkał się ze mną i nie wyjaśnił, dlaczego mnie odwołał. To pokazuje poziom kultury politycznej na Ukrainie. Nie dostałem żadnej konkretnej propozycji, ale nawet gdybym ją otrzymał, nie zgodziłbym się. Podjąłem decyzję, że za obecnej władzy nie wrócę do służby państwowej. Żałuję, bo dyplomacja to rzecz, którą kocham najbardziej.

Rozmawiał Marcin Wojciechowski

RAMKA

Borys Tarasiuk* kierował ukraińskim MSZ od kwietnia 1998 do września 2000 r. W czasach radzieckich przez wiele lat pracował w stałym przedstawicielstwie Ukrainy przy ONZ. W latach 90. był wiceministrem spraw zagranicznych, ambasadorem Ukrainy w Beneluksie i NATO. Jego nominacja na szefa MSZ trzy lata temu wywołała niezadowolenie Rosji. Na szczeblu szefów dyplomacji praktycznie ustały kontakty między Kijowem a Moskwą. Tarasiuk był osobiście skonfliktowany z rosyjskim ministrem Igorem Iwanowem. W tej sytuacji polityką Ukrainy wobec Rosji zajęła się administracja prezydenta Kuczmy, a zwłaszcza zastępca jej szefa ds. międzynarodowych Anatolij Oreł. Wcześniej Oreł był zastępcą Tarasiuka w MSZ, ale ten go usunął. Rosja wiele razy dawała do zrozumienia, że nie uważa prozachodniego Tarasiuka za najlepszego partnera do rozmów. Usunięto go kilka dni po spotkaniu prezydentów Putina i Kuczmy w Soczi, na którym Kuczma miał rzekomo zgodzić się na budowę przez Rosjan gazociągu omijającego Ukrainę. Po dymisji Tarasiuk wstąpił do prorynkowej partii Reformy i Poriadok Wiktora Pynzenyka. Tworzy w Kijowie instytut zajmujący się polityką zagraniczną. Chce startować w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

Rozmawiał Marcin Wojciechowski