Mistrzowie, kochankowie, menele

Konkurs gdyński zdominowało w tym roku kino autorskie. Takie jak w dobrych nowych filmach Trzaskalskiego, Wosiewicza i Cywińskiej

Dzieła w rodzaju "Lawstoranta" i "RH+" zostały wyrzucone za burtę konkursowej selekcji. Ale również w selekcji głównej znalazł się film kuriozalny - "Metanoia" Radosława Markiewicza, epatujący niebywałą ekspresją plastyczną, obrazami wzorowanymi na ikonie, ale kompletnie hermetyczny, o nieczytelnej fabule i postaci bohatera. Reżyserowi w jego ślepej uliczce przyświeca kino Tarkowskiego i dola studentów naszych szkół filmowych. Jest w tym jakieś rozpaczliwe poszukiwanie języka, którym można by w kinie przekazać treści religijne. Są one u nas wciąż sferą wstydliwego tabu albo kiczu.

Własny nurt Trzaskalskiego

Do Tarkowskiego nawiązuje też w "Mistrzu" Piotr Trzaskalski. W finale jego filmu autobus cyrkowy płonie, jak dom w "Ofierze" Tarkowskiego, ale to nawiązanie jest jawne i celowe. Trzaskalski ma bowiem do przekazania własną ideę i dysponuje własnym językiem. Jego film miał na festiwalu tyluż przeciwników, co zwolenników. Należę do tych drugich, bo choć domagamy się kina zaangażowanego, musimy pozwolić artystom w rodzaju Trzaskalskiego płynąć własnym nurtem. Myślę, że jest on w naszym kinie postacią osobną, przypominającą trochę Andrzeja Kondriatiuka, którego również w latach 70. nasza krytyka zaangażowana usiłowała "nawrócić na rzeczywistość", a oddała mu honor i zrozumiała go w pełni dopiero po latach.

"Mistrz" jest już trzecim filmem Trzaskalskiego, po "Edim" i telewizyjnym debiucie "Żywot łazika z Tormesu". Wszystkie te filmy są rodzajem przypowieści unoszącej się kilka stóp nad ziemią. Bohater "Mistrza" (świetny, pamiętny z "Powrotu" Zwiagincewa Konstantin Ławrynienko) jest byłym rosyjskim żołnierzem, który ma za sobą koszmar wojny afgańskiej. Założył objazdowy "Cyrk noża", z którym trafia do Polski, gromadząc wokół siebie różnego rodzaju nieszczęśliwców. Na arenie mistrz dokonuje cudów, ale jako człowiek jest wypalony, grzeszny, kaleki. Zarzucano Trzaskalskiemu nadmiar celebrowanego piękna, na granicy kiczu. Rzeczywiście, opowiada on swój film jakby nie po polsku, długimi panoramicznymi ujęciami, monologami, których zdawałoby się nie znosi kino, a które jednak przykuwają, pozwala sobie na kontemplację żółtego ścierniska pod muzykę Skriabina.

Gdyby to był film koreański, recenzenci zachwyciliby się jego mistyczną wymową, a ponieważ jest nasz, zarzucają mu pretensjonalność i kaligrafizm. Tymczasem Trzaskalski wcale nie należy do artystów zakochanych we własnej sztuce. Sens jego przypowieści jest bynajmniej nie artystowski. Historia mistrza, który prowadzi innych do wyzwolenia, sam się po drodze kompromitując, jest przejmującą przypowieścią o tym, że życie jest trudniejsze niż sztuka. Człowiekowi czasem łatwiej jest położyć się na ostrzu noża, niż przygarnąć własne dziecko.

Iwaszkiewicz bez cenzury

Filmem wysokich artystycznych ambicji są również "Kochankowie z Marony", debiut kinowy wybitnej reżyserki teatralnej Izabeli Cywińskiej. To już druga w polskim kinie adaptacja opowiadania Iwaszkiewicza, przypominającego "Brzezinę" w podobnym połączeniu aury choroby, śmierci i miłości. Iwaszkiewiczowska miłość jest biseksualna, nie liczy się z płcią, sąsiaduje ze świętością i ze złem, jest zuchwała, ale uniewinniona. Cywińska swoim filmem na nowo przywraca Iwaszkiewicza polskiemu kinu, ale już bez obyczajowej cenzury. Udała się aura - wspaniałe zdjęcia Marcina Koszałki robione o zmierzchu. Udało się aktorstwo: najlepsza rola Karoliny Gruszki i dwa odkrycia - Krzysztof Zawadzki i Łukasz Simlat, ale na filmie Cywińskiej ciąży teatralność reżyserii. Dramat wypala się w ramach poszczególnych sekwencji, nie daje wybrzmienia i w rezultacie nie poraża.

Bandycka ballada

Filmem, który zostaje najdłużej, jest "Rozdroże Cafe ", najlepszy jak dotąd film Leszka Wosiewicza, bandycka ballada o kapitalistycznej Warszawie, brawurowy, stylistyczny melanż, wschodnio-zachodni. Warszawskie Śródmieście widziane od strony Grochowa naprawdę przypomina Manhattan, a grochowscy menele w swoich kapturach na ogolonych głowach przypominają tych amerykańskich, z filmów dziejących się na Bronksie. To świat trochę jak ze Scorsesego, gdzie zło chce się zwalczyć złem - narkotyki, prostytuująca się 12-latka. Scena napadu na bank jest ukłonem w stronę Briana De Palmy. Zarazem jest to świat trochę jak z Dostojewskiego, bohater (Robert Olech) ma pewne cechy Raskolnikowa i Myszkina.

Przy tych wszystkich nawiązaniach jest to film o współczesnej Polsce, którą reprezentują znieprawione, grzeszne postacie księdza, senatora, byłego ubeka i policjanta Judasza, który jest kumplem bandytów, a jednocześnie ich zdrajcą. Niewinnym świadkiem, czymś w rodzaju błazna tej rzeczywistości jest garbaty, niepełnosprawny brat głównego bohatera - przejmująco brzmi jego śmiech, jego wołanie o pomoc. Ale w tym świecie pomoc znikąd nie przychodzi, choć na grochowskich podwórkach jarzą się dziko kolorowe kapliczki. Wosiewicz zrobił ten film z topograficzną wiernością, w stronach, które musi sam znać, w okolicach ulicy Mińskiej, gdzie na ślepej ścianie domu straszą surrealistyczne oczy starej reklamy Warszawskich Zakładów Optycznych. Jedno z pięknych końcowych ujęć filmu: znad dachów Grochowa nadciąga "front wron", zupełnie jak w wierszu mieszkającego tu kiedyś Mirona Białoszewskiego.