Dlaczego PO kocha PiS

Kandydat PO na premiera Jan Rokita deklaruje, że nawet gdyby Platforma uzyskała bezwzględną większość w wyborach, chce rządzić razem z PiS. Tylko czy PiS będzie chciał?

Wczoraj Lech Kaczyński, kandydat PiS na prezydenta, zapowiedział, że koalicji z PO nie będzie, jeśli w przyszłym rządzie Prawu i Sprawiedliwości nie przypadnie któryś z trzech najważniejszych resortów, na przykład MSZ. - Jeżeli PO ma mieć premiera i ministra finansów, to my szefa dyplomacji - oznajmił wczoraj podczas spotkania z korpusem dyplomatycznym. Lech Kaczyński podkreślał też wczoraj, że koalicja musi się składać z dwóch silnych partii.

- Oznacza to, że po prostu nie chcemy być listkiem figowym dla rządu PO - powiedział nam bliski Kaczyńskiemu polityk PiS. - Jeśli mielibyśmy wejść do zdominowanego przez PO rządu i odpowiadać za jego liberalne pomysły, to lepiej pozostać w opozycji - dodał.

Przywódca PiS pohukiwał na PO w momencie, gdy w sondażach poparcie dla Platformy sięga 36-38 proc. i według niektórych obliczeń brakuje jej zaledwie 21 mandatów do uzyskania większości w Sejmie.

Kaczyńscy starają się w tej sytuacji szachować PO i podbić cenę swojej partii na politycznym rynku, zanim jeszcze dojdzie do powyborczych negocjacji. Wiedzą również, że ich partner i konkurent Jan Rokita te warunki przełknie. Dlaczego?

Dwa lata temu, gdy po wyborach samorządowych doszło do zaostrzenia stosunków z PiS, Donald Tusk i Jan Rokita powtarzali, że celem PO jest uzyskanie w wyborach parlamentarnych ponad połowy głosów. I wydawać by się mogło, że także obecnie jest to marzenie "premiera z Krakowa".

Gdyby PO samodzielnie doszła do władzy, byłaby pierwszą partią w III RP, która utworzy własny rząd i będzie miała pełną możliwość - i odpowiedzialność - realizacji swojego programu. Nie traciłaby czasu na uzgodnienia składu rządu. Toczone od kilku miesięcy kłótnie z PiS na przykład o podatki stałyby się wspomnieniem.

Jest też prawdopodobne, że deklaracja: "My, PO, możemy i chcemy rządzić samodzielnie" dodatkowo wzmocniłaby notowania partii. Część potencjalnego lewicowo-liberalnego elektoratu PO odstrasza bowiem wizja współrządzenia Rokity z braćmi Kaczyńskimi.

Jest jednak mało prawdopodobne, by Rokita i Tusk powiedzieli: "Mamy dość stawiania warunków przez Kaczyńskich". Na dwa tygodnie przed zakończeniem kampanii byłoby to zbyt ryzykowne.

Dotychczasowa bezpieczna i skuteczna strategia PO i PiS polegała na tym, że obie partie "szły ławą". Zbierały dla wspólnej koalicji poparcie ludzi odległych od siebie ideowo. Co bowiem może łączyć ludzi głosujących na tak dalekich w poglądach polityków jak Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO) kojarzona poprzednio z lewicą Unii Wolności i Mariana Piłkę, niegdyś przedstawiciela prawej strony ZChN?

- Dla mnie najważniejszą informacją jest, że koalicja PO-PiS może mieć bezwzględną większość w Sejmie - komentował Rokita ostatnie wyniki sondaży potwierdzające wyraźną przewagę jego partii nad PiS.

Wczoraj Donald Tusk mu wtórował: - PO niezależnie od tego jak duży wynik uzyska, bardzo zalezy na współpracy z PiS.

Liderzy PO wyraźnie uznali, że obecnego skutecznego sposobu działania nie warto porzucać na rzecz niepewnych miraży.

Platforma zdaje sobie sprawę, że nawet gdyby uzyskała przeszło połowę głosów, to będzie to większość niewielka - kilka, kilkanaście głosów. Taka sytuacja nie daje komfortu rządzenia, bo przed każdym głosowaniem konieczna jest maksymalna mobilizacja.

PO wie przy tym, że koalicja z PiS oznacza mniejszy komfort rządzenia, konieczność programowych, bolesnych kompromisów, ale jest to jednak gwarancja rządów stabilnych. Z drugiej strony duża przewaga i możliwość samodzielnego sformowania rządu przez PO może wpływać na zmiękczenie koalicjanta.

Do tego aby wprowadzić niektóre propozycje programowe PO (ograniczenie Sejmu, likwidacja Senatu, wybory jednomandatowe), potrzebna jest zmiana konstytucji, czyli przewaga dwóch trzecich głosów w Sejmie. Cóż z tego, że PiS tych propozycji nie podziela. Wspólne rządy stwarzają pole do przetargu. A rozgniewany PiS w opozycji na pewno tych pomysłów nie poprze.

Platforma ma również ograniczone możliwości koalicji w przyszłym parlamencie. Jeszcze cztery lata temu niektórzy działacze PO przyjaźnie spoglądali na liberałów SLD, obecnie jakakolwiek koalicja z SLD, które ma szanse wejść do Sejmu, jest nieprawdopodobna.

Również koalicja z Samoobroną i LPR wydaje się zupełną fantasmagorią.

Z drugiej strony PO zawsze obawiała się aliansu między PiS i LPR. Obraźliwe wypowiedzi Romana Giertycha wobec Kaczyńskiego były więc politykom Platformy na rękę.

Jakiekolwiek próby spychania PiS do opozycji mogłyby spowodować, że dawne urazy pójdą w zapomnienie i w przyszłym Sejmie powstanie silna opozycja konserwatywno-narodowa. Lepiej więc dla Platformy mieć Kaczyńskich za sobą niż przeciwko sobie.

Paweł Wroński